
— Czy poznam kiedyś twe imię prawdziwe, Nadzorco? Czy zobaczę twoje prawdziwe oblicze?
Twarz Nadzorcy stała się mroczna i straszna. Otworzył usta, jakby chciał zawyć.
— Jedna tylko żywa dusza na tym świecie poznała moją prawdziwą postać. I ona z pewnością zginie.
Te potężne słowa uderzyły jak grom i wstrząsnęły Cavilem Planterem do głębi. Wbił palce w klepisko szopy, aby nie pofrunąć w powietrze niczym kurz porwany wiatrem przed burzą.
— Nie porażaj mnie śmiercią za mą zuchwałość — zapłakał. Głos Nadzorcy spłynął łagodnie niby blask jutrzenki.
— Porazić cię? Jakżebym mógł? Ty przecież jesteś człowiekiem, którego wybrałem, by pobierał moje najtajniejsze nauki, słowo nie znane kapłanom ni księżom.
— Ja?
— Już cię uczyłem, a ty zrozumiałeś. Wiem, że pragniesz czynić to, co ci nakazuję. Ale brakuje ci wiary. Jeszcze nie całkiem do mnie należysz.
Serce podeszło Cavilowi do gardła. Czy to możliwe, by Nadzorca chciał dać mu to, co dał Abramowi?
— Nadzorco, niegodny jestem…
— Oczywiście, że jesteś niegodny. Nikt nie jest mnie godny, nikt, ani jeden człowiek na tej ziemi. Mimo to, jeśli będziesz posłuszny, zasłużysz może w moich oczach na łaskę.
O tak, on to zrobi! — zakrzyknął Cavil w głębi serca. Tak, da mi kobietę!
— Cokolwiek każesz, Nadzorco.
— Czy sądzisz, że dam ci Hagar jedynie z powodu twojej głupiej żądzy i pragnienia dziecka? Jest ważniejszy cel. Ci Czarni są bez wątpienia synami i córkami bożymi, ale w Afryce żyli pod władzą diabła. Ten straszliwy niszczyciel zatruł im krew. Jak myślisz, dlaczego są czarni? Nie mogę ich zbawić, póki kolejne pokolenia rodzą się czarne, gdyż wtedy diabeł nimi włada. Nie mogę ich odzyskać, jeśli mi nie pomożesz.
— Czy więc moje dziecko urodzi się białe, jeśli wezmę tę dziewczynę?
— Dla mnie ważne jest tylko, żeby nie urodziło się całkiem czarne. Czy rozumiesz, czego od ciebie żądam? Nie jednego Iszmaela, ale wielu dzieci. Nie jednej Hagar, ale wielu kobiet.
