
Hagar — tak nazwał ją tej pierwszej nocy. Nie rozumiesz, że cię błogosławię.
Rankiem spojrzał w lustro i zobaczył coś nowego w swym odbiciu. Jakąś gwałtowność. Coś w rodzaju straszliwej a ukrytej siły. Tak, pomyślał. Nikt nie oglądał mnie jeszcze takim, jakim jestem w istocie. Nawet ja sam. Dopiero teraz poznaję, że czym jest Nadzorca, tym i ja jestem.
Nigdy już nie poczuł litości, gdy wykonywał swą nocną pracę. Z jesionową laską w dłoni wchodził do chaty kobiet i wskazywał tę, która miała iść za nim. Jeśli cofała się, laska szybko ją uczyła, ile kosztuje opór. Jeśli ktoś z Czarnych, mężczyzna czy kobieta, próbował protestować, następnego dnia Cavil osobiście pilnował, by krwią zapłacili Nadzorcy za nieposłuszeństwo. Nikt z Białych niczego się nie domyślał, a nikt z Czarnych nie śmiał go oskarżać.
Nowo kupiona dziewczyna, jego Hagar, poczęła jako pierwsza. Cavil z dumą spoglądał na jej rosnący brzuch. Wiedział już, że Nadzorca rzeczywiście jego wybrał. Czerpał ze swej władzy dziką rozkosz. Urodzi się dziecko, jego dziecko. I pojmował, jaki powinien być następny krok. Skoro biała krew ma zbawić jak najwięcej czarnych dusz, to nie może przecież zatrzymać tych mieszanych dzieci u siebie. Sprzeda je na południe, każde innemu nabywcy, a potem w Nadzorcy będzie pokładał ufność, że dorosną i rozprzestrzenia jego nasienie na całą nieszczęsną czarną rasę.
I każdego ranka obserwował przy śniadaniu swoją żonę.
— Cavilu, mój najdroższy — powiedziała kiedyś. — Czy coś się stało? Widzę jakiś mrok na twej twarzy, spojrzenie pełne… gniewu może… czy okrucieństwa. Czyżbyś się z kimś pokłócił? Nie pytałabym, ale… ale mnie przerażasz.
Z czułością poklepał ją po wykręconej dłoni. Czarna kobieta przyglądała mu się spod ciężkich powiek.
