
– Tylko nie próbuj rzucać się pod koła jakiegoś wozu.
– To prawda, kusi mnie, by cię sprzedać, jednak nie zrobię tego – powiedział spokojnie Kardal. – Jesteśmy na miejscu. Witaj w Mieście Złodziei.
Dopiero po chwili dotarło do niej, że jednak Kardal nie sprzeda jej jakiemuś odrażającemu człowiekowi. Czy to znaczy, że jej życiu nie grozi niebezpieczeństwo?
Kardal zdjął jej opaskę z oczu. Kiedy Sabrina przyzwyczaiła się do światła, z zachwytu wprost zaparło jej dech. Wokół kręciły się setki ludzi ubranych w tradycyjne ubrania mieszkańców pustyni. Kobiety dźwigały kosze, a mężczyźni prowadzili osły. Między dorosłymi biegały dzieci. Wzdłuż głównej, wybrukowanej kamieniami ulicy ciągnęły się kramy, a sprzedawcy głośno zachwalali swoje towary.
Nie mogła uwierzyć, że Miasto Złodziei rzeczywiście istnieje.
– Cudowne… – szepnęła.
– Tak… O, już nas dostrzeżono.
Ludzie pokazywali ich sobie palcami. Wprawdzie Sabrina po długiej drodze wyglądała niechlujnie, co bardzo ją krępowało, a jednak wpatrywali się w nią wszyscy. Dobrze chociaż, że peleryna zasłaniała związane ręce, a jaskraworude włosy zasłaniała chusta, bo i tak wzbudzała wystarczającą sensację. Cóż, była kobietą, a jechała na jednym koniu z mężczyzną. Poza tym od razu było widać, że nie jest córą pustyni. Co więcej, kształt oczu i jaśniejszy odcień skóry zdradzały, że pochodzi z Zachodu. Było też coś w wykroju jej ust. Wielokrotnie zastanawiała się co, ale nigdy nie udało się jej tego stwierdzić. W każdym razie to coś ją zdradzało. Ci, którzy nie znali jej rodowodu, uważali, że nie pochodzi z Bahanii.
– Proszę pani, proszę pani!
Jakaś dziewczynka pomachała do niej. Nie mogła odpowiedzieć jej tym samym, bo miała związane ręce, więc tylko kiwnęła głową.
