
Zacisnęła dłonie w pięści. Bała się, to oczywiste, ale przede wszystkim była wściekła i głęboko, w całym swym jestestwie, urażona.
– Nie możesz się tak zachowywać. – Starała się mówić stanowczo, lecz niezbyt jej się to udało. – Jestem księżniczką, królewską córką. Jeśli zrobisz to, co zamierzasz, zapłacisz głową. Twoja zbrodnia będzie tym większa, że jako Książę Złodziei winien jesteś posłuszeństwo mojemu ojcu. Gwałt na jego córce będzie śmiertelną obrazą królewskiego majestatu.
Kardal skrzyżował ręce na piersi.
– Oboje wiemy, że król Hassan nie dba o ciebie.
– Masz rację. – W jej oczach mignął ból. – Ale to nie ma nic do rzeczy.
Podszedł bliżej i mimo oporu Sabriny ujął ją za rękę.
– Otóż ma. Twój ojciec co najwyżej się zirytuje, ale nie sądzę, by kazał mnie ściąć. Więcej, jestem tego pewien.
– Nic nie rozumiesz. Nie ma żadnego znaczenia, co ojciec o mnie myśli. Pozbawiając mnie dziewictwa, zgwałcisz kobietę z jego domu. A taką hańbę może zmazać tylko krew.
Kardal wzruszył ramionami.
– Być może masz rację, ale żeby się przekonać, najpierw musimy to zrobić.
Usłyszała cichy trzask i poczuła coś ciężkiego na prawym nadgarstku, a zaraz potem na lewym.
Sabrina spojrzała na swe ręce i na moment pociemniało jej w oczach. Potem patrzyła oniemiała na złote bransolety zamknięte na jej przegubach. Tak niegdyś znakowano niewolnice. Niegdyś? Przecież to działo się dzisiaj. Sabra, księżniczka Bahanii, została niewolnicą poddanego swojego ojca!
Zniewaga była wprost niewyobrażalna.
– Ty… – zasyczała. – Jak śmiałeś mi to zrobić?!
Uśmiechnął się leniwie.
– Cenisz zabytkowe i wartościowe przedmioty, powinnaś więc czuć się zaszczycona.
Zaszczycona? Spojrzała na niewolnicze piętno. Bransolety miały około dwunastu centymetrów szerokości i już na pierwszy rzut oka można było rozpoznać kunsztowną ręczną robotę dawnych mistrzów. Pokryte były skomplikowanym spiralnym motywem figuralnym. Sabrina wiedziała, że wśród ornamentu ukryto malutki przycisk zwalniający mechanizm zamka, lecz znalezienie go może zająć nawet tygodnie.
