
Księżna uśmiechnęła się na widok syna. Była wysoką, szczupłą kobietą o oczach łani, wciąż piękną dzięki szlachetności swych rysów. Mając czterdzieści dziewięć lat, wyglądała na siostrę Kardala, a nie na jego matkę. Długie czarne włosy zwykle upinała w kunsztowny kok, ale po pracy zaplatała je w luźno opadający na plecy warkocz. Proste uczesanie w połączeniu z dżinsami i odsłaniającym pępek kusym podkoszulkiem sprawiało, że często brano ją za kobietę o połowę młodszą, niż była w rzeczywistości.
– Powrót matki marnotrawnej. – Kardal pocałował Cale w policzek. – Na jak długo przyjechałaś tym razem?
– Usiądź. Myślę, że na dłużej, może na stałe. Czy moja obecność w zamku nie będzie cię krępować?
Kardal, z uwagi na natłok obowiązków, ostatnimi czasy żył jak mnich.
– Jakoś to przeżyję. Opowiedz mi o swoim ostatnim sukcesie.
– Świetne nowiny. W tym roku zaszczepimy sześć milionów dzieci. Zakładaliśmy, że uda nam się zebrać co najwyżej na cztery miliony, ale niespodziewanie dotacje wzrosły.
– Niespodziewanie? Powiedz, jak ty to robisz, że największy sknera po rozmowie z tobą wypisuje czek, i jeszcze się uśmiecha?
Cala prowadziła działalność charytatywną na rzecz kobiet i dzieci z całego świata. Zaczęła się tym zajmować, kiedy Kardal wyjechał za granicę pobierać nauki. Wkrótce jej fundacja stałą się jedną z największych i najskuteczniej działających na świecie.
– Jestem wdzięczna, choć nie znam powodów tej hojności. – W zamyśleniu spojrzała na syna. – Czy ta kobieta to naprawdę księżniczka Sabra?
– Używa imienia Sabrina.
Cala uniosła brwi.
– Wielokrotnie mnie zaskakiwałeś, ale tym razem przeszedłeś samego siebie. Porwałeś córkę naszego zaufanego sojusznika i nominalnego władcy. Jestem przekonana, że potrafisz to jakoś rozsądnie wytłumaczyć.
