
– Ciekawa uwaga. Ale komu tak naprawdę miałbym to oddać? Mijały lata, jedne państwa powstawały, inne znikały, przesuwały się granice. Wiele się zmieniło.
– Wiele, ale nie wszystko.
– Zmiany są ogromne. Weźmy na przykład jajka Fabergego. Od dawna nie ma już cara, dla którego były robione. Po caracie byli komuniści, którzy niedawno oddali władzę nowej formacji. Więc niby kto jest teraz prawnym właścicielem tych klejnotów? Potomkowie carskiej rodziny? A może obecny prezydent?
– Jest takie pojęcie jak „narodowe dziedzictwo", ale zostawmy to. Rzeczywiście z jajkami Fabergego jest pewien problem, lecz jeśli chodzi o diadem Elżbiety I czy drogocenne kamienie skradzione w Bahanii oraz El Baharze, to sprawa jest jasna.
– Niczego nie ukradłem. – Kardal uniósł ręce do góry. – Ja tylko przechowuję to, co na przestrzeni wieków zdobyli moi rodacy.
– Zrabowali…
– W porządku, zrabowali. A wiesz dlaczego? Bo ktoś tego źle pilnował. Więc jeśli potomkowie tych, którzy dopuścili do straty, pragną odzyskać narodowe skarby, to niech sobie je ukradną z mojego skarbca.
– Nie wszyscy chcą być złodziejami – syknęła Sabrina. Była tak wściekła, że wprost zapierało jej dech, co Kardalowi bardzo się podobało. Gwałtownie falująca pierś, wypieki na policzkach, oczy sypiące gromy… Zaiste, wspaniały i podniecający widok.
I nagle pomyślał, że ta kobieta, tak doskonale piękna, inteligentna i obdarzona wspaniałym temperamentem, na pewno urodzi mądre i ładne dzieci.
– Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! – zawołała.
– Z zapartym tchem. Moje serce bije tylko po to, by ci służyć.
Odwróciła się do okna i patrzyła, jak słońce chowa się za horyzontem.
– Próbujesz cyniczną drwiną wykręcić się od tematu. Nic z tego! – Spojrzała na niego ostro. – Złodziejstwo to nie jest zaszczytna tradycja, lecz ty, jak widzę, jesteś z niej dumny. A przecież to wstyd i hańba!
– Od tysiąca lat byliśmy złodziejami i dopiero w poprzednim pokoleniu ta tradycja, jako sposób życia, zaczęła zanikać.
