
– Życie w ogóle jest ciężkie. W Stanach po raz pierwszy byłem zdany tylko na siebie i musiałem sobie poradzić. Dobrze mi to zrobiło.
Cala spojrzała na Sabrinę.
– O ile wiem, byłaś w podobnej sytuacji. Mieszkałaś z matką w Kalifornii, ale wakacje spędzałaś w Bahanii, prawda?
– Kalifornia to był świat matki, Bahania świat ojca, a ja musiałam balansować między nimi. To było trudne. Poza tym w Kalifornii ukrywałam, kim naprawdę jestem. Chodziło nie tylko o względy bezpieczeństwa. Bałam się, że kiedy przyjaciele dowiedzą się, iż jestem królewską córką, to wszystko się między nami zmieni.
– I w tej sprawie macie podobne doświadczenia. Również ty nie mogłeś zdradzić, kim jesteś – powiedziała Cala, patrząc na syna.
– Istnienie Miasta Złodziei okryte jest tajemnicą, więc musiałem kłamać na swój temat.
Swobodna rozmowa na różne tematy toczyła się dalej. Sabrina szczerze polubiła Calę za jej dobroć, mądrość, delikatność i zdecydowane obstawanie przy własnym zdaniu. Można było ją przekonać do innej opinii, nigdy narzucić. Kardal odnosił się do matki z miłością i szacunkiem. Bardzo ją to ujęło.
Od czasu do czasu książę spoglądał na Sabrinę, jakby łączył ich wspólny sekret. Czuła się wtedy jak podczas pocałunku. Nie wiedziała, co się z nią dzieje, ale podobało jej się to.
– Zaprosiłam do miasta gościa – oznajmiła Cala po skończonym posiłku.
– Powinienem się bać? – zapytał rozleniwionym głosem Kardal. – Czuję, że tabun kobiet dokona inwazji na mój zamek. To prawda? W takim razie wyskoczę na kilka dni na pustynię.
Cala nagle zaczęła nad wyraz pedantycznie składać serwetkę.
– Zjawi się jedna osoba. Zaprosiłam Givona, króla El Baharu.
Kardal zerwał się na równe nogi. Jego twarz przybrała groźny wyraz.
– Jak śmiałaś go zaprosić? – warknął. – Jeśli jego noga postanie w Mieście Złodziei, każę go zastrzelić. Nie, zrobię to sam! – Wypadł z komnaty.
– Nie rozumiem… – powiedziała cicho Sabrina. – Król Givon jest dobrym władcą, jego poddani go uwielbiają.
