
Ellie na moment dopadła wizja gromadki szalonych dzieci i aż się cofnęła. Mówią przecież, że obłęd bywa dziedziczny.
– Ach, na miłość boską! – mruknął Charles. – Nie mam na myśli prawdziwego szaleństwa. Po prostu postawił mnie w sytuacji bez wyjścia.
– Nie rozumiem, jaki to ma związek ze mną.
– Olbrzymi – odparł tajemniczo.
Ellie zrobiła jeszcze krok w tył, uznając, że Billingtona należy jednak zamknąć w domu wariatów.
– Proszę mi wybaczyć – powiedziała prędko. – Powinnam jak najszybciej wracać do domu, jestem pewna, że teraz już da pan sobie radę. Pański powóz… Mówił pan, że jest gdzieś tutaj. Sądzę, że będzie pan w stanie…
– Panno Lyndon! – przerwał jej ostro. Ellie znieruchomiała.
– Ja się muszę ożenić – wyznał Charles bez ogródek. – W dodatku w ciągu najbliższych piętnastu dni. Nie mam wyboru.
– Nie wyobrażam sobie, że mógłby pan zostać zmuszony do czegokolwiek, co panu nie odpowiada.
Charles zignorował jej słowa.
– Jeśli się nie ożenię, stracę cały spadek. Wszystko, co nie jest prawnie przypisane pierworodnemu – zaśmiał się gorzko. – Zostanie mi jedynie Wycombe Abbey, a proszę mi uwierzyć, to kupa kamieni, która wkrótce popadnie w ruinę, jeśli zabraknie mi funduszy na jej utrzymanie.
– Jeszcze nigdy nie słyszałam o podobnej sytuacji – stwierdziła Ellie.
– Nie jest wcale taka niezwykła.
– Wydaje mi się za to niezwykle głupia.
– W tej kwestii, madame, całkowicie się ze sobą zgadzamy.
Ellie, ściskając w dłoniach fałdę brązowej spódnicy, rozważała jego słowa.
– Nie rozumiem, dlaczego uważa pan, że akurat ja mogłabym panu pomóc – powiedziała w końcu, – Jestem pewna, że zdołałby pan znaleźć odpowiednią żonę w Londynie. Przecież Londyn nazywają małżeńskim targowiskiem. Sądzę, że uznano by pana za wielką gratkę.
Posiał jej ironiczny uśmiech.
– Mówi pani o mnie tak, jakbym był zwierzyną, na którą wszyscy mają ochotę zapolować.
