
Podjąwszy decyzję, Ellie zadarła głowę i ruszyła na północ. Starała się zająć myśli odgadywaniem, ile kroków zajmie jej dotarcie do kolejnego punktu, który sobie upatrzyła. Pięćdziesiąt do tego wielkiego drzewa. Siedemdziesiąt dwa do opuszczonej chaty. Czterdzieści do…
Do diaska! Czy to deszcz? Ellie starła kropelkę z nosa i popatrzyła w górę, Zbierały się chmury i gdyby nie była tak trzeźwo myślącą osobą, gotowa byłaby przysiąc, że gromadzą się nad jej głową.
Wydala z siebie odgłos, który trudno byłoby nazwać inaczej niż warknięciem, i przyspieszyła kroku. Starała się nie zakląć, kiedy kolejna kropla spadła jej na policzek. Następna zmoczyła jej ramię, a następna i następna…
Ellie pogroziła niebu pięścią.
– Ktoś tam w górze jest na mnie wściekły! – krzyknęła. -A ja chciałabym wiedzieć, dlaczego!
Tymczasem niebiosa się otworzyły i w ciągu paru sekund Ellie przemokła do suchej nitki.
– Przypominaj mi, żebym nigdy więcej nie podawała w wątpliwość Twoich zamiarów – mruknęła ze złością, zupełnie nie jak bogobojna panienka, na jaką wychowywał ją ojciec. – Najwyraźniej nie życzysz sobie, by Cię brano na spytki.
Niebo przeszyła błyskawica, zaraz potem huknął grom. Ellie podskoczyła prawie stopę w górę. Co takiego mąż jej siostry powiedział przed laty? Że im szybciej grzmot następuje po błyskawicy, tym bliżej jest ta błyskawica? Robert zawsze miał skłonności do nauk ścisłych i Ellie czuła się zmuszona, by mu wierzyć w tej kwestii.
Puściła się biegiem. Gdy jednak płuca groziły, że za chwilę pękną, zwolniła do truchtu, po minucie lub dwóch zaczęła po prostu iść. Przecież i tak już bardziej zmoknąć nie mogła.
Znów huknął grzmot, Ellie wzdrygnęła się i potknęła o korzeń, lądując w błocie.
– Do diabła! – warknęła chyba po raz pierwszy w życiu. W każdym razie nawet jeśli wpadła w nałóg przeklinania, to były to dopiero początki.
