
Podniosła się z ziemi i popatrzyła w niebo. Deszcz zalał jej twarz, czepek przekrzywił się na oczy, zasłaniając widok. Ściągnęła go, popatrzyła w niebo i krzyknęła:
– Wcale mnie to nie bawi! Kolejna błyskawica.
– Wszyscy są przeciwko mnie! – mruknęła, czując pewien absurd tej sytuacji. – Wszyscy! – Miała na myśli ojca, Sally Foxglove, pana Tibbetta, Tego, który miał władzę nad pogodą… I znów grzmot!
Ellie zacisnęła zęby i ruszyła naprzód. W końcu na horyzoncie ukazał się olbrzymi stary budynek z kamienia. Nigdy wcześniej nie widziała Wycombe Abbey w rzeczywistości, oglądała jednak w sklepiku w Bellfield rysunek piórkiem przedstawiający tę zacną budowlę. Poczuła ulgę. Zdecydowanym krokiem ruszyła do frontowych drzwi i zapukała.
Otworzył służący w liberii i obrzucił ją nieprzychylnym spojrzeniem.
– Przyszłam zobaczyć się z lordem – oznajmiła Ellie, szczękając zębami.
– Rozmowy z kandydatami na służbę prowadzi gospodyni -odparł kamerdyner. – Proszę iść od kuchni.
Już zaczął zamykać drzwi, Ellie jednak zdążyła wsunąć w nie stopę.
– Nie! – wrzasnęła, przeczuwając, że jeśli pozwoli, by zatrzaśnięto jej te drzwi przed nosem, będzie już na zawsze skazana na życie starej panny i czyszczenie kominów.
– Proszę zabrać nogę, moja pani!
– Nigdy w życiu! – krzyknęła Ellie, wciskając do środka łokieć i bark. – Chcę się widzieć z hrabią i…
– Hrabia nie spoufala się z takimi jak ty!
– Jak ja? Doprawdy, tojuż nieznośne! – Była przemoczona i zmarznięta, nie mogła wycofać pieniędzy będących jej własnością, a teraz jeszcze ten nadęty lokaj insynuuje, że jest ladacznicą!
– Proszę mnie natychmiast wpuścić do środka, przecież pada deszcz!
– Widzę.
– Ty draniu! – syknęła. – Kiedy zobaczę hrabiego…
– Doprawdy, Rosejack, co to za zamieszanie?
Ellie niemal stopniała z ulgi, słysząc głos lorda Billington, a raczej stopniałaby z ulgi, gdyby nie świadomość, że najdrobniejszy gest świadczący o jej miękkości sprawiłby natychmiast, że kamerdyner zatrzasnąłby jej drzwi przed nosem.
