
– W progu stoi jakieś stworzenie – odpowiedział Rosejack. -I za nic nie chce odejść.
– Jestem kobietą, nie stworzeniem, ty idioto! – Pięścią, którą udało jej się wcisnąć do wnętrza domu, Ellie stuknęła kamerdynera w głowę.
– Na miłość boską! – westchnął Charles. – Otwórz te drzwi i wpuść ją do środka.
Rosejack usłuchał i Ellie wręcz wpadła do hallu, czując się jeszcze bardziej jak przemoczony szczur wśród tak pięknego otoczenia. Podłogi zaścielały wspaniałe dywany, na ścianie wisiał obraz autorstwa, gotowa była przysiąc, że Rembrandta, a wazon, który przewróciła przy upadku, cóż, miała nieprzyjemne przeczucie, że przywieziono go wprost z Chin.
Podniosła głowę, rozpaczliwie starając się odgarnąć z twarzy mokre kosmyki włosów, Charles prezentował się wyjątkowo przystojnie, przy tym sprawiał wrażenie rozbawionego i wyjątkowo trzeźwego.
– Milordzie – jęknęła, z trudem dobywając głosu. Zabrzmiał obco i chropowato, zachrypła od swoich kłótni z Bogiem i kamerdynerem.
Charles przypatrywał jej się z uwagą, kilkakrotnie mrugnął.
– Bardzo przepraszam, madame, ale czy myśmy się już kiedyś spotkali?
3
Ellie nigdy nie była wielką awanturnicą, chociaż czasami zdarzało jej się, jak podkreślał jej ojciec, za bardzo rozpuścić język. Ogólnie jednak była rozsądną i trzeźwo myślącą młodą damą, nie poddającą się wybuchom i napadom złego humoru.
Nie świadczyło jednak o tym jej zachowanie w Wycombe Abbey.
– Co takiego? – krzyknęła, podrywając się do góry. – Jak pan śmie! – dodała, skacząc w stronę Billingtona, który usiłował się cofnąć, ale poruszał się dość niesprawnie, gdyż przeszkadzała mu w tym skręcona noga i łaska. – Ty draniu! – wrzasnęła w końcu, popychając go tak, że znalazł się na podłodze, a ona razem z nim.
