
Charles jęknął.
– Skoro zostałem powalony na ziemię, to oznacza, że pani musi być panną Lyndon.
– Oczywiście, że jestem panna Lyndon! – zawołała Ellie. -A kim, u diabła, miałabym być?
– Chciałbym zauważyć, że wygląda pani na zupełnie niepodobną do siebie.
To stwierdzenie zmusiło Ellie do chwili zastanowienia. Owszem, miała świadomość, że przypomina raczej przemoczonego szczura, że jej ubranie jest wysmarowane błotem, no a czepek… Rozejrzała się dokoła. Gdzie, u diabła, podział się jej czepek?
– Cośpani zginęło? – spytał Charles.
– Owszem, nakrycie głowy – odparła Ellie, czując się nagle niewymownie głupio.
Uśmiechnął się.
– Wolę panią z odkrytą głową. Zastanawiałem się, jaki kolor mają pani włosy.
– Są rude – odparła, dochodząc do wniosku, że przez to pogrąża się już ostatecznie. Nienawidziła swoich włosów, zawsze tak było.
Charles kaszlnął, żeby zamaskować kolejny uśmiech. Widział, że Ellie szaleje z gniewu, że zaraz przestanie nad sobą panować, i nie pamiętał, kiedy ostatnio tak świetnie się bawił. Chociaż właściwie to wcale nie takie trudne, ubawił się setnie nie dalej niż wczoraj, kiedy to zleciał z drzewa i spadł prosto na nią.
Ellie odgarnęła mokry, lepki kosmyk włosów z twarzy, a przy ruchu ręki przemoczona suknia jeszcze mocniej przylgnęła jej do ciała. Charles poczuł, że robi mu się gorąco.
O tak, pomyślał. Będzie z niej naprawdę świetna żona.
– Milordzie – wtrącił się kamerdyner, pochylając się nad Charlesem, żeby pomóc mu wstać. - Czy znamy te osobę?
– Obawiam się, że tak – odparł Charles, zarabiając lodowate spojrzenie od Ellie. – Wygląda na to, że panna Lyndon ma za sobą wyczerpujący dzień. Chyba zaproponujemy jej herbatę. I… – Obrzucił Ellie wzrokiem. – Ręcznik.
– Rzeczywiście byłoby bardzo miło – powiedziała Ellie sztywno. – Dziękuję.
