
Ellie na ten komplement poczuła dziwne łaskotanie na karku. Ucieszona, że jej duży czepek skrywa rumieniec, znów skupiła uwagę na obolałej kostce mężczyzny.
– Czy zmienił pan zdanie w kwestii rozcięcia pańskiego buta?
W odpowiedzi podai jej nóż.
– Zawsze wiedziałem, że musi być jakaś przyczyna, dla której stale noszę go przy sobie. Tyle że po prostu poznałem ją dopiero dzisiaj.
Nóż był nieco tępy i Ellie aż zaciskała zęby, usiłując rozciąć cholewkę. Na moment oderwafa się od swego zajęcia.
– Proszę mi dać znać, jeśli…
– Au!
– … jeśli sprawię panu ból – dokończyła. – Bardzo mi przykro.
– To zdumiewające – jego głos wprost ociekał ironią – ile żalu słyszę w pani głosie.
Ellie znów zdusiła chichot.
– Na miłość boską – mruknął. – Niechże pani się śmieje! Bóg jeden wie, że moje życie jest śmieszne.
Ellie, której życie straciło wszelkie barwy, odkąd jej owdowiały ojciec oznajmił zamiar poślubienia największej plotkarki w całej wiosce Bellfield, poczuła, że ogarnia ją współczucie. Nie wiedziała, co zmusiło tego niezwykle przystojnego i zadbanego lorda do upicia się, lecz bez względu na przyczyny i tak zrobiło jej się go żal. Na moment przestała szarpać się z butem, przeniosła spojrzenie ciemnoniebieskich oczu na jego twarz i oznajmiła:
– Jestem Eleanor Lyndon, panna Lyndon.
Popatrzył na nią cieplej.
– Bardzo dziękuję, że zechciała pani podzielić się ze mną tą jakże istotną informacją, panno Lyndon. Niecodziennie pozwalam nieznajomym kobietom rżnąć na kawałki moje buty.
– Mnie też nie co dzień niemal powalają na ziemię mężczyźni spadający z drzewa. W dodatku nieznajomi mężczyźni – uzupełniła z naciskiem.
– Ach, rzeczywiście, chyba powinienem się przedstawić! -Przekrzywił głowę w sposób, który przypomniał Ellie, że wciąż ma do czynienia z człowiekiem porządnie wstawionym. – Charles Wycombe, do pani usług, panno Lyndon, Hrabia Billington. – A pod nosem jeszcze mruknął: – Jeśli to w ogóle coś warte.
