
– Przypuszczam, że moja kostka jest ważniejsza – powiedział z żalem, który mimo wszystko zabrzmiał nieszczerze.
Ellie sprawnie obmacała mu nogę.
– Nie wydaje mi się, żeby złamał pan jakąś kość, ale nabawił się pan paskudnego zwichnięcia,
– Mówi pani tak, jakby miała pani w tej kwestii wielkie doświadczenie.
– Zdarzało mi się ratować ranne zwierzęta – odparła, unosząc brwi. – Psy, koty, ptaki…
– Mężczyzn – dokończył za nią.
– Nie – odparła śmiało. – Mężczyzną jest pan pierwszym. Ale nie wyobrażam sobie, żeby mógł się pan aż tak bardzo różnić od psa.
– Pokazuje pani pazury, panno Lyndon.
– Naprawdę? – spytała, unosząc ręce. – Będę musiała pamiętać, żeby je wciągnąć.
Charles wybuchnął śmiechem.
– Jest pani prawdziwym skarbem, panno Lyndon!
– Powtarzam to wszystkim naokoło – odparła Ellie, wzruszając ramionami i uśmiechając się chytrze. – Ale jakoś nikt nie chce mi uwierzyć. Cóż, wydaje mi się, że przez kilka dni będzie pan potrzebował laski. Może nawet przez tydzień. Czy dysponuje pan jakąś?
– Tu? Teraz?
– Miałam na myśli w domu, ale… – urwała, rozglądając się dokoła. Dostrzegłszy leżący w odległości kilku jardów kij, poderwała się z ziemi. – To powinno wystarczyć – oświadczyła, wręczając go lordowi. – Pomóc panu przy wstawaniu?
Nachylił się do niej z szerokim uśmiechem.
– Każda wymówka jest dobra, byle znaleźć się w pani objęciach, droga panno Lyndon,
Ellie wiedziała, że powinna się obrazić, lecz on przecież starał się ją oczarować, w dodatku, niech to diabli, bardzo umiejętnie, Przypuszczała, że właśnie dlatego zasłynął jako niepoprawny uwodziciel. Stanęła więc po prostu za jego plecami i wsunęła mu ręce pod pachy.
– Ostrzegam, nie jestem zbyt delikatna.
– Nie wiem dlaczego, ale wcale mnie to nie dziwi.
– No to liczymy do trzech. Jest pan gotów?
– Przypuszczam, że to zależy od…
