Mali ludzie – mali ciałem lub duchem – rzucają niekiedy bardzo długie cienie…

Obok niszy przeszło dwóch umundurowanych mężczyzn, Tengel wcisnął się głębiej. Jeden z nich zwrócił uwagę na nieprzyjemny zapach, drugi zaprotestował przeciwko takiemu określeniu, twierdząc, że to straszny odór, ostry aż kręci w nosie, obrzydliwy, nigdy jeszcze nie czuł czegoś podobnego.

– Nadęte głupki – syknął Tengel.

Znów skoncentrował się na mówcy i jego najbliższych współpracownikach stojących tuż za jego plecami.

Sam mówca nieszczególnie go zainteresował. Okazał się zbyt głupi, niewykształcony, a poza tym budził wesołość swym wyglądem. Nadęte zero, ryczące głośno, ale w środku puste. Obok niego stał wielki, gruby mężczyzna w mundurze obwieszonym błyskotkami. Cienkie wargi Tengela skrzywiły się z pogardą. I jeszcze jeden, chudzielec, który za wszelką cenę starał się wyglądać dostojnie. Obdarzony bystrym umysłem, lecz o zbyt błazeńskim usposobieniu.

Za to tam…

Tak, tamci, stojący nieco dalej, o wiele bardziej mu się podobali. Wysoki oficer z wąsami; przy oczach miał kawałki szkła. Zimny i cyniczny.

On?

Nie, Tengel dostrzegł jeszcze jednego, stojącego niedaleko wysokiego oficera, młodszego, przystojniejszego mężczyznę, zimnego jak lód, zupełnie pozbawionego uczuć, prawie nieludzko bezwzględnego. Takie impulsy odebrał Tengel, starając się przeniknąć duszę tego człowieka. Okrutny, ale jeszcze w niedostatecznym stopniu. Jeszcze nie.

Straszydło znów uśmiechnęło się z zadowoleniem. O, ten człowiek naprawdę mu się spodobał! Już w chwilę później lepiej znał młodego mężczyznę o ostrych rysach. Mały pajac rozdzielał odznaczenia; nazywał je orderami.



11 из 179