
Mari żyła pod stałą wewnętrzną presją. Za wszelką cenę starała się unikać nieprzyjemności, pragnęła być lubiana przez wszystkich, a w dodatku chciała, by wszyscy lubili się nawzajem. Nie znosiła ludzi zagniewanych i skwaszonych, kiedy słyszała czyjąś kłótnię, czuła się chora. Nie mogła znieść świadomości, że ktoś może jej nie lubić. Słysząc opowieści o cierpieniach ludzi czy zwierząt, zatykała uszy. Nigdy też, będąc świadkiem sporu, nie poparła żadnej ze stron, to nie do pomyślenia. Ktoś przecież mógł się wtedy na nią obrazić.
Żaden człowiek nie może żyć w taki sposób. Ale Mari próbowała.
Dlatego też traktowano ją jak powierzchowną, rozchichotaną pannę, bo Mari reagowała na wszystko śmiechem, nawet jeśli w danej sytuacji było to bardzo niestosowne. A gdy tylko zauważyła najdrobniejsze choćby objawy konfliktów czy nieporozumień wśród kolegów w szkole, natychmiast starała się je załagodzić. Jeśli to się nie udawało, odchodziła ze śmiechem.
Mari chciała przyjaźnić się z całym światem, dlatego często okazywała przesadną szczodrość, oddawała wszystko, co miała. Z natury uczciwa, nigdy nie podkradała nic rodzicom, ale nie zawsze zwracała resztę pieniędzy, jakie zostały jej po zrobieniu zakupów. Nie robiła tego z premedytacją, po prostu zapominała. Wszystkie drobne kwoty, jakie otrzymywała, przeznaczała na słodycze dla koleżanek.
Miała wielu kolegów, ale żadnej przyjaciółki, była klasowym wesołkiem i błaznem, osobą, z którą nikt nie rozmawiał poważnie.
Po matce Francuzce odziedziczyła urodę i szybkie, dość gwałtowne ruchy, po Vetlem – wesołe usposobienie. Miała ciemną cerę i ciemne włosy, piwne oczy zdobiły wąską twarzyczkę o wyrazistych rysach, którą zapamiętywał każdy, kto ją raz ujrzał. Nie da się zaprzeczyć, że miewała miłosne przygody, bo pełne radości życia, bezpośrednie dziewczęta zwykle cieszą się powodzeniem.
