
Opadł na trawę ze śmiechem, Karine, nieco zawstydzona, ale i uradowana, poszła za jego przykładem.
– Och, zgubiłam biedronkę – poskarżyła się i chciała szukać stworzonka.
– Nic nie szkodzi, da sobie radę – stwierdził beztrosko i kiedy dziewczynka znów ułożyła się na trawie, wsunął rękę pod jej kark. Karine wcale się to nie spodobało, zawsze stroniła od ludzi i nie nawykła do fizycznego kontaktu z obcymi. Ale ten pan przecież taki był do niej podobny w swym zachwycie nad przyrodą, więc, wprawdzie niechętnie, przystała na to. Leżała sztywna jak kołek, starając się zachować dystans.
Tymczasem mężczyzna spokojnie opowiadał o swych kontaktach z naturą, o dzikich zwierzętach, jakie zdarzyło mu się spotkać, i wreszcie Karine nieco się odprężyła. Jak cudownie jest leżeć na trawie i patrzeć w chmury! Łąkę otaczał wieniec brzóz, ale delikatne listki nie poruszały się ani trochę. Wokół było tak cicho, tak spokojnie. Cały świat gdzieś odpłynął.
Obcy uniósł głowę, odwrócił się w stronę Karine i palcem pogładził ją po opalonym gładkim policzku.
– Masz takie piękne oczy – szepnął.
– Naprawdę? – spytała niepewnie. Bardzo nie odpowiadała jej aż taka bliskość. Mężczyzna ułożył ciało tak, że biodrem dotykał jej nogi. – Chyba muszę już iść do domu – stwierdziła drżącym głosem.
– Zaraz pójdziemy – obiecał.
Karine spojrzała mu prosto w oczy. Miała wrażenie, że dostrzega w nich wyraz niepewności, tak jakby nie mógł wytrzymać jej wzroku, choć jednocześnie, co ją zaskoczyło, wyczuwała bijącą od niego stanowczość.
– Naprawdę muszę już iść!
Przekręcił się, niemal całkowicie nakrywając ją ciałem.
– Biedronka! – krzyknęła Karine. – Ach, proszę, niech pan się tak nie opiera, jeszcze ją pan zgniecie!
– Daj spokój z biedronką! – syknął przez zaciśnięte wargi.
Ale Karine zdołała już się odwrócić, korzystając z tego, że mężczyzna uniósł się na dłoniach i kolanach. Na czworakach ruszyła na poszukiwanie biedronki, nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa, jakie jej zagraża.
