
W następnej chwili silne ramiona objęły ją żelaznym uściskiem i zerwały bieliznę. Krzyknęła, jakoś się wyślizgnęła i zaczęła pełznąć do przodu. Jednak już za moment napastnik znów był przy niej i przyciskał do odsłoniętego podbrzusza. Przerażonej Karine zabrakło tchu w piersiach. Nie rozumiała, co się dzieje, pragnęła tylko uciec stąd jak najprędzej, bo to było straszne, okropne! Nie chciała dotykać jego skóry i wcale nie wydawał się jej już taki sympatyczny.
– Spokojnie, przeklęta dziewucho! – syknął.
Dziewczynce udało się odczołgać na odległość kilku kroków. Pogniotła przy tym fiołki, co sprawiło jej ogromną przykrość. Napastnik jednak był szybszy, za moment znów zamknął ją w żelaznym uścisku.
– Nie, och, nie! – krzyknęła.
Mężczyzna dłonią zakrył jej usta. Karine obróciła się na plecy. Nie powinna była tego robić, miał ją teraz tak, jak tego chciał. Wpatrywała się w jego dzikie, nieubłaganie zdecydowane oczy.
– Niech mnie pan nie zabija – załkała, sparaliżowana strachem.
– Wcale nie mam takiego zamiaru, do diabła! – prychnął w odpowiedzi.
To, co stało się później, nie zapisało się w jej pamięci. Był to bowiem szok tak straszny, że jej świadomość całkowicie go zatarła. Pamiętała jedynie zaginioną biedronkę i to, że później leżała na ukwieconej łące, samotna, zakrwawiona, z nieznośnym bólem w podbrzuszu. Nie rozumiała, co się wydarzyło.
Z tego też powodu nie powiedziała nic rodzicom, poza tym krępowała się przyznać, gdzie ją boli, pamiętała tylko, że z płaczem starała się oczyścić, wycierała bieliznę, na której pojawiła się krew i jeszcze coś innego, nieznanego i obrzydliwego. Czuła rozpaczliwy wstyd i strach, że tak bardzo spóźni się do domu.
Karine niewiele wiedziała o życiu, zdołała więc wymazać potworne wydarzenie z pamięci i tak naprawdę nie pojmowała, co ją spotkało.
