
Nagle zorientowała się, że fakt, iż ktoś się nią tak zajmuje, sprawia jej przyjemność. Ośmieliła się nawet leciutko oprzeć głowę na ramieniu mężczyzny. W domu pieszczoty nie były na porządku dziennym, Vetle i Hanna odnosili się do dzieci raczej po koleżeńsku. Przy ojcu Lisen Karine poczuła się bezpieczna, jakby znów miała dopiero cztery lata.
Aż do chwili, kiedy zaczął gładzić ją po piersiach. Wtedy odczuła dziwny niepokój. Naturalnie w ciągu ostatnich dwóch lat nauczyła się czegoś o tak zwanym życiu, ale wydarzenie sprzed dwu lat wymazała z pamięci. Teraz ogarnęło ją irracjonalne przeświadczenie, że coś jest nie tak jak być powinno. Odezwało się w niej jakieś wspomnienie, o którym absolutnie nie wolno jej było myśleć, gdyż to doprowadziłoby ją do szaleństwa. Sygnały jednak były słabe, nie zareagowała więc od razu, znieruchomiała tylko, gdy duże dłonie mężczyzny zaczęły błądzić po jej ciele.
Podwijał jej sweter, najwyraźniej chciał ściągnąć go przez głowę.
I wtedy coś w Karine przebudziło się na dobre.
Strach przed czymś, co już miało miejsce w przeszłości, co tak rozpaczliwie pragnęła ukryć przed samą sobą. Ciągle jeszcze nie mogła sobie przypomnieć, co to było, ale pamiętała swe bezgraniczne przerażenie.
Wyrwała mu się z krzykiem, sweter został w rękach mężczyzny. On jednak błyskawicznie się podniósł i rzucił na nią. Karine poślizgnęła się na gładkim kamieniu, próbowała przytrzymać się korzeni, zaczepić palcami o szczeliny w skale, ale napastnik już nakrył ją ciałem. Czuła, że ściąga z niej spodnie, próbowała wywinąć się z jego uścisku, ale przytrzymał ją mocno i wdarł się w nią od tyłu. Dziewczynka wiła się jak piskorz, udało jej się przekręcić na plecy. Zaczęła kopać i gryźć, uderzała rękami na oślep, wyrywając przy tym kępki mchu, pluła mu ziemią w twarz. Wiedziała już teraz, co się dzieje – raczej na podstawie tego, czego dowiedziała się od innych, niż dzięki własnym doświadczeniom.
