
Sędziwy starzec wbił wzrok w chłopaka.
– Jeśli masz zamiar posłużyć się dynamitem, to znaczy, że nie pojąłeś ani krztyny z tego, co ci powiedziałem.
Jonathan popatrzył na niego pytająco, Henning musiał więc wyjaśnić:
– Mój ojciec Viljar pracował nad tym głazem, kiedy tylko czas mu na to pozwalał. Chodził tam z dłutem i pod jego ręką kamień zmniejszył się o wiele centymetrów. Mój dziad Eskil robił tak samo, a przed nim Heike. Ja także się do tego przyłożyłem, podobnie jak wszyscy nasi przodkowie, którzy byli właścicielami Lipowej Alei. Andre od czasu do czasu walczy z tą skałą, Rikard jako dziecko też często tam chadzał. Rozumiesz teraz?
Jonathan zawstydzony pokiwał głową.
– Walka całego rodu z kamieniem. Kiedyś był znacznie większy, prawda?
– Ogromny! Powiadają, że za czasów Arego miał wysokość dwóch rosłych mężczyzn!
– Ojej! A teraz można na niego spojrzeć z góry.
– Właśnie. Rozumiesz teraz to wyzwanie?
– Gdzie młotek, wuju Henningu?
– To właśnie chciałem usłyszeć – uśmiechnął się starzec i uspokojony wyszedł sprawdzić, czy słynny krokusowy ogród Hanny ma zamiar i w tym roku wychylić się spod ziemi.
Mari zeszła na dół, głowę zajętą miała planowaniem spotkań ze swym Ukochanym. Pod nosem nuciła piosenkę:
„Są dwie zagrody
W każdej pasterz młody”.
Jonathan, który nie mógł powstrzymać się od przedrzeźniania siostry, natychmiast ułożył swój tekst:
„Są dwaj pasterze
Każdy z wielkim orężem”.
– Przestań, Jonathanie! – wrzasnęła Mari, próbując go dosięgnąć.
Żadne z nich nie zwróciło uwagi, że Karine odwróciła się na pięcie, zamierzając wyjść z domu. Tekst Jonathana budził w niej przykre skojarzenia.
Dotarła jednak tylko do drzwi, bo tam spotkała Benedikte, której towarzyszył Henning i wyjątkowo jak na siebie poważny ojciec całej trójki, Vetle.
– Chodźcie, dzieci – poprosiła Benedikte. – Muszę z wami porozmawiać. Gdzie reszta?
