
Jonathan sprowadził Hannę, Christoffera i Matit. Była akurat niedziela, nikogo nie brakowało.
Benedikte popatrzyła na zebranych ze smutkiem w oczach.
– Odwiedzili mnie nasi przodkowie – oznajmiła. – Na cmentarzu.
Wśród najmłodszych zapanowało wyraźne poruszenie. Wiedzieli, że Benedikte od czasu do czasu kontaktuje się z przodkami Ludzi Lodu, i bardzo jej tego zazdrościli. Niestety, oni sami byli zupełnie zwyczajni.
– Najpierw przyszedł Imre – mówiła Benedikte. – Powiedział, że więcej już go nie zobaczymy. Jego zadaniem teraz będzie czuwanie nad małą Tovą i następnym razem przyśle kogoś innego.
– Jaka szkoda – zasmucił się Christoffer. – Imre był taki niewypowiedzianie piękny. I tak miło się z nim rozmawiało.
– Szkoda, to prawda. Poprosił mnie, bym została dłużej na cmentarzu, a kiedy wszyscy ludzie już odeszli, z cienia wyłonili się nasi przodkowie.
Z piersi najmłodszych wyrwało się westchnienie.
– Sytuacja jest bardzo poważna – mówiła dalej Benedikte. – Tengel Zły zniknął ze swej kryjówki.
– To niemożliwe! – wykrzyknął Jonathan.
– Owszem. Wędrowiec ruszył na poszukiwanie, ale wydaje się, że Tengel przepadł bez śladu.
– Och! – jęknęła Mari.
Dorośli wyraźnie pobledli.
– Tak, tak – pokiwała głową Benedikte. – Prawdopodobnie na razie nie wybiera się tutaj, wygląda na to, że ma inne plany, ale mima wszystko musimy przedsięwziąć pewne kroki. Natanielowi i Tovie nie wolno się tu pokazywać, bo Tengel Zły bacznie obserwuje Lipową Aleję. Dzieciom wyznaczono szczególnych opiekunów. Tovą, jak już mówiłam, zajmuje się Imre, mały Nataniel ma Linde-Lou. Ale i nad każdym z nas, pozostałych, sprawuje pieczę któryś z naszych przodków, a to może okazać się potrzebne, bo sytuacja jest naprawdę krytyczna.
– Kto jest moim opiekunem? – dopytywała się zaciekawiona Mari.
Benedikte skierowała na nią wzrok.
– Tego nie wiem. Nade mną czuwa Heike, ale waszych opiekunów nie znam.
