
– Wyruszacie jutro wcześnie rano.
Och, nie! zaprotestowała Mari w duchu. Przecież jutro mam się z nim spotkać!
Musiała jednak przyznać, że ta bitwa jest z góry przegrana. Nie znała chłopca na tyle dobrze, by go odwiedzić i powiadomić o wyjeździe. Miłość, która przetrwać miała wieki, nie zdążyła się nawet zacząć.
W głębi duszy jednak jakiś głos podpowiadał jej, że właśnie dzięki temu, iż nigdy nie zwiąże się z tym chłopcem, ich „miłość” ma pewne szanse przetrwania. To chyba Ibsen powiedział, że tylko to co stracone pozostaje wieczne. Ale wieczne pozostaje z pewnością i to, z czego nic nie wyszło.
To naprawdę bardzo piękne, pomyślała czując, jak ogarnia ją uczucie słodyczy.
Dla Karine przeprowadzka do domu Christy nie miała większego znaczenia. Może nawet lepiej wyrwać się z otoczenia, z którym łączyło się tak wiele gorzkich wspomnień? Przyda jej się też kontakt z Christą i jej wielką rodziną, składającą się z samych tylko mężczyzn,
Tak, po głębszym zastanowieniu ten pomysł wręcz jej się spodobał. I przecież to nie potrwa długo, tylko do czasu, gdy znajdą Tengela Złego i znów pogrążą go we śnie.
Tak myślała z właściwą sobie naiwnością.
– A co ze mną? – spytał Jonathan.
– O tobie też już pomyśleliśmy – odparła Benedikte. – W ostatnim roku miałeś chyba dość szkoły, prawda?
– O tak, bogowie jedni wiedzą, jak bardzo.
– To więcej niż pewne – westchnęła Hanna. – Stopnie leciały w dół jak lawina. A podnieść go z rana z łóżka! Syzyfowa praca. Nawet jeśli już się go stamtąd wyciągnie, natychmiast wraca jak bumerang.
Benedikte pokiwała głową.
– Co byś powiedział na roczną przerwę w nauce?
– Fantastycznie! – uradował się Jonathan. – Ale dokąd pojadę?
– Będziesz musiał oczywiście pracować.
– No pewnie! I zarabiać pieniądze.
– Słuchajcie tylko, jakiego mam pazernego syna – pokręcił głową Vetle. – Ojcze, czy nie udałoby ci się ulokować go w szpitalu w Drammen?
