
Wszyscy, oprócz Efrema, żyli ze sobą w zgodzie. Dziewczęta nieco się zdumiały atmosferą religijności, jaka panowała w domu, szczególnie Mari z początku się buntowała, ale ponieważ Christa reagowała spokojnie, a ze strony Abla także nie było szczególnych nacisków, do większych zadrażnień nie doszło.
Mały Nataniel był wspaniałym dzieckiem, ale też na swój sposób przerażającym. Patrzył tak przenikliwie, że Mari czuła się przy nim nieswojo, miała wrażenie, że wzrok malca prześwietla ją na wylot, nie śmiała nawet w myślach wymówić słowa „chłopcy”, choć już kilkakrotnie zdążyła się na zabój zakochać w kolegach z nowej szkoły.
Także Karine bała się Nataniela. Ten mały wie, myślała. Dlaczego bowiem te piękne oczy patrzą na mnie z takim smutkiem, jakby mi współczuł? Dlaczego za każdym razem, gdy napotyka moje spojrzenie, uśmiecha się, jakby chciał dodać mi otuchy?
Karine sądziła, że w nowej szkole będzie jej łatwiej, ale od siebie uciec nie można. Podczas przerw na dziedzińcu szkolnym rozmawiała i żartowała z dziewczynkami, ale jej serce wciąż skuwał lód wstydu i rozpaczy.
Moje koleżanki są takie czyste i nieskalane, myślała w poczuciu winy. A ja jestem zbrukana, splamiona grzechem, nie powinnam przebywać razem z nimi. Jestem najohydniejszym człowiekiem na świecie, jestem jak lady Makbet, która nie mogła umyć rąk i pozbyć się piętna zbrodni. Nikt nie powinien mnie dotykać, jestem trędowata, wstrętna, obrzydliwa. Czy z mojej twarzy można wyczytać, w czym brałam udział?
Wiele, bardzo wiele razy Karine pragnęła śmierci, wiedziała jednak, że samobójstwo w straszliwy sposób obciąża tych, którzy pozostają. Do końca życia dręczyć ich będzie pytanie: dlaczego? A ona przecież nie mogła nic wyznać.
Wstyd, jaki ją przygniatał, nie miał granic.
Jak wiele innych dziewcząt, które spotkał podobny los, całą winę przypisywała sobie. Czuła się godna pogardy i potępienia.
