
Z Efremem natomiast nie warto było nawet próbować rozmawiać. Nie znosił swej macochy-poganki, traktował ją jak niewolnicę, kogoś, kto podaje mu jedzenie i dba o jego rzeczy. Poza tym nie zasługiwała na uwagę.
Przerażające nastawienie jak na piętnastolatka.
Mimo takich kłopotów Christa ogromnie była rada z przyjazdu dziewcząt. Obie okazały się bardzo zręczne w pracach domowych i ku swemu zdumieniu Christa odkryła, że od czasu do czasu może mieć wolną chwilę dla siebie. Do tej pory los jej nie rozpieszczał.
Oczywiście nie zdawała sobie sprawy, że Mari prowadzi wielce niebezpieczną grę z Dawidem i Józefem, kiedy ten odwiedzał dom. Dawid i Mari wiedli szeptem rozmowy, wzajemnie drażniąc swoją ciekawość, podobnie sprawy się miały między Mari a Józefem, tyle że w sposób bardziej otwarty, bardziej frywolny. Żadne z nich nie przekroczyło jeszcze granicy, ale gdyby sytuacja nadal miała rozwijać się w tym kierunku, już wkrótce mogło się coś wydarzyć.
Tak w każdym razie uważała sama Mari. Życie stało się takie ekscytujące, na samą myśl jej ciało ogarniało rozkoszne drżenie.
A Karine wciąż chadzała własnymi drogami.
Christa podzieliła się z mężem swym niepokojem, Abel pokiwał głową.
– Ja też to zauważyłem. Karine potrzebny jest ktoś, kogo mogłaby pokochać. Ktoś, kto sprawiłby, że zapomni o sobie i zajmie się innymi.
– Ale są przecież malcy – przypomniała Christa.
– To nie wystarczy – orzekł Abel, który był rozsądnym człowiekiem. – Czy uważasz, że moglibyśmy podarować jej psa?
