
Od tamtej pory, a było to przed dwudziestoma pięcioma laty, nie słyszano a Tengelu Złym.
Tym razem okoliczności jego przebudzenia miały charakter dość niezwykły.
Zbudzić miał go dźwięk fletu, ale… najwidoczniej nie była to jedyna możliwość.
W jednym ze szkockich regimentów służył skory do walki pułkownik.
Jego zdaniem postępowanie Hitlera stwarzało możliwość wybuchu wojny. Podczas wielkiej narady brytyjskich wojskowych pułkownik ów z zapałem starał się przyspieszyć bieg wydarzeń. W jego przekonaniu należało ingerować natychmiast, ukrócić poczynania tego wicekaprala z wąsem, który tak gardłował w Niemczech!
Pozostali wojskowi, biorący udział w naradzie, okazywali jednak większą powściągliwość. Wojna wszak jest wyniszczająca dla obu stron.
Rozgoryczony i zawiedziony pułkownik wrócił do Szkocji, gdzie natychmiast przystąpił do ćwiczenia przynajmniej swoich oddziałów na wypadek ewentualnej wojny. Gdy nadejdzie odpowiednia chwila, staną do walki z bagnetami ostrymi jak brzytwy!
W jego regimencie, wśród wielu innych żołnierzy, znajdował się też pewien kobziarz. Mac, jak nazywali go koledzy, był nowy w orkiestrze, ćwiczył więc pilnie, chciał bowiem pokazać się z jak najlepszej strony.
W domu grywać nie mógł, gdyż zabraniała mu tego żona, nie pałająca do dźwięków kobzy uczuciem równie namiętnym jak on. Dlatego Mac każdego dnia wieczorem chodził na wrzosowisko i tam przygrywał dzikim królikom, przepiórkom i zachodzącemu słońcu.
A grać umiał przepięknie. Muzyka dodawała równinom szczególnego nastroju.
8 marca 1939 roku jak zwykle wyszedł z domu. O zmierzchu wrzosowisko zdawało się miękkim bezkresem, dźwięk kobzy żałosną skargą niósł się aż po horyzont.
