
— Wyglądasz wspaniale. Co w szkole?
— Wszystko w porządku.
— A u mamy? Chłopak wzruszył ramionami.
— Jak chciałbyś spędzić dzień?
Ponowne wzruszenie ramion.
Zjedli lunch przy Budapester Strasse, naprzeciwko zoo, w nowoczesnym lokalu z winylowymi krzesłami i stolikami z plastikowym blatem: ojciec zamówił piwo i kiełbaski, syn sok jabłkowy i hamburgera. Przez chwilę rozmawiali o Deutsches Jungvolk i Pili cały się rozpromienił. Ktoś, kto nie należał do organizacji, kompletnie się nie liczył, był „nie umundurowaną ofermą, która nigdy nie uczestniczyła w ognisku ani marszu przełajowym”. Pimpfem
— Zdałem najlepiej wstępny sprawdzian.
— Dzielny chłopak.
— Trzeba przebiec sześćdziesiąt metrów w dwanaście sekund — powiedział Pili. — Skoczyć w dal i rzucić kulą. Jest też marsz przełajowy: trwa półtora dnia. Potem sprawdzian pisemny. Filozofia partii. Trzeba nauczyć się na pamięć „Horst Wessel Lied”.
Przez moment Xavier myślał, że syn ma zamiar zaśpiewać. — Dostałeś nóż? — wtrącił szybko.
Chłopiec pogrzebał w kieszeni, marszcząc z powagą czoło. Jaki on podobny do matki, pomyślał March. Te same szerokie kości policzkowe i pełne usta; te same patrzące poważnie, rozstawione szeroko piwne oczy. Pili położył ostrożnie sztylet na stole. Xavier podniósł go. Przypomniał mu się dzień, kiedy dostał swój własny. Kiedy to było? — w trzydziestym czwartym? Podniecenie chłopca, który wierzy, że dopuszczono go do świata mężczyzn. Obrócił nóż i w świetle błysnęła wyryta na rękojeści swastyka. Przez chwilę ważył sztylet w dłoni, a potem oddał go synowi.
— Jestem z ciebie dumny — skłamał. — Co chcesz teraz robić? Możemy pójść do kina. Albo do zoo.
— Chcę pojechać autobusem.
— Ale robiliśmy to już ostatnim razem. I poprzednio.
— To nic. Chcę jechać autobusem.
