Pili wrócił z powrotem i podskakiwał podekscytowany na siedzeniu.

— Czy zobaczymy dziś Führera, tato?

Wizja ulotniła się i Xaviera ogarnęło poczucie winy. Właśnie te jego sny na jawie najbardziej wyprowadzały z równowagi Klarę: „nawet kiedy z nami siedzisz, myślą jesteś gdzie indziej…”

— Nie wydaje mi się — odparł.

— Po prawej stronie widzimy Kancelarię Rzeszy i Rezydencję Führera. Łączna długość jej fasady wynosi dokładnie siedemset metrów, jest wiec o sto metrów większa od fasady pałacu Ludwika XIV w Wersalu.

W miarę jak się zbliżali, odsłaniały się przed nimi szczegóły: marmurowe kolumny i czerwone mozaiki, lwy z brązu, złocone płaskorzeźby i gotyckie napisy — architektoniczny chiński smok, który ułożył się do snu po prawej stronie placu. Pod powiewającym sztandarem ze swastyką pełnili honorową wartę czterej esesmani. Na gładkiej, pozbawionej okien ścianie umieszczony był na wysokości pięciu pięter pojedynczy balkon, na którym pokazywał się Führer, kiedy na placu gromadził się milionowy tłum. Teraz kręciło się tu tylko kilkudziesięciu gapiów, spoglądających z pobladłymi od oczekiwania twarzami w stronę zamkniętych na głucho okiennic.

March spojrzał na syna. Pili był cały zmieniony; jego dłoń zaciskała się kurczowo na rękojeści sztyletu.


Autobus zajechał z powrotem na przystanek przy Dworcu Gotenlandzkim. Kiedy wysiadali, dochodziła piąta i zapadał zmierzch. Zniechęcony dzień dawał za wygraną.

Z dworca wylewał się potok ludzi — objuczeni tornistrami żołnierze, którym towarzyszyły narzeczone lub żony; cudzoziemscy robotnicy, dźwigający kartonowe walizki i sfatygowane, powiązane sznurkami toboły; wreszcie osadnicy, którzy po dwudniowej podróży ze stepów patrzyli zaskoczeni na feerię świateł i przewalające się tłumy.



27 из 332