
– Co to jest?
– To… prezent od córki… na ostatnie święta. – Boże, chyba mi go nie zabierze?
– Przyda ci się coś jeszcze. – Zarzucił jej na szyję różaniec. Może rzeczywiście był zdziwaczałym księdzem!
Ostre paciorki 'były jeszcze ciepłe od jego dotyku. Wpadły w szczeli¬nę między piersiami. Poczuła się dziwnie. Robiło się nieprzyjemnie. Powinna mu teraz powiedzieć, żeby się wynosił.,
– Tak. Teraz lepiej. – Ojciec John uśmiechnął się, krzywo, jakby teraz dopiero był zadowolony z efektu i gotowy przejść do rzeczy.
Najwyższa pora.
– O co chodzi z tym różańcem?
– Dotknij mnie.
Miał doskonałe ciało. Umięśnione, opalone i twarde.
Z wyjątkiem przyrodzenia. Wyglądało tak, jakby facet w ogóle nie był podniecony.
Przesunęła palcem w dół po jego piersi, a on przyciągnął ją blisko do siebie. Pocałował ją mocno zimnymi, obojętnymi ustami i podciągnął na zniszczonym, metalowym łóżku. Miałajednązasadę – bez całowania w usta, ale darowała sobie, chciała mieć to jak najszybciej za sobą.
– Tak trzeba, chłopcze – wyszeptała i sięgnęła po jego okulary. Sil¬ne palce zacisnęły się na jej nadgarstku.
– Nie.
– Boisz się, że cię rozpoznam? – Może był sławny? Taki przystojny.
Kto wie, może to jakaś znana osoba i nie chce, żeby odgadła jego tożsa¬mość. A może po prostu jest żonaty. Bardziej prawdopodobne…
– Po prostu… nie ruszaj. – Miał stalowy uścisk.
– Dóbra, dobra… wszystkojedno. – Pocałowała go w policzek i pogłaskała po mocno zarysowanych muskułach. Położył się na niej, a ona starała sięjak umiała, dotykając wszystkich erogennych miejsc. Na próż¬no. Bez względu na to, jak moono go całowała, lizała i pomrukiwała, facet tylko poruszał się, ale nie był ani trochę podniecony.
Dawaj, no już, pomyślała. Nie mam całej nocy. Nie zwracała więk¬szej uwagi na radio. Psycholog, doktor Sam, kończyła program, powta¬rzając znaną formułkę o miłości i pożądaniu w mieście nad Deltą, a oj¬ciec John odwrócił się i słuchał jej głosu.
