A więc to gwałt.

Facet chciał ją zgwałcić. Gdyby powiedział coś wcześniej, poszłaby na ten numer, ale teraz bała się jak diabli.

No, dalej rób swoje, tylko nie zrób mi krzywdy!

Złapał ją za głowę i Cherie jęknęła, gdy zacisnął różaniec na jej szyi, a ostro zakończone paciorki, złowrogo migocąc, zaczęły kaleczyć skórę.

o Boże, on mnie zabije. Zdrętwiała ze strachu. Spojrzała w szkła ciemnych okularów i już wiedziała.

Zacisnął różaniec i wszedł w nią głęboko. Oczy Cherie wyszły na wierzch. Nie mogła oddychać. Chciała go podrapać, ale na próżno, nie miała już siły unieść rąk. Ciemność… ogarnęła ją ciemność… Płuca paliły ją… serce pękało… Boże, proszę, pomóż mi!

Zacisnął mocniej pętlę. Chwyciła głośno powietrze, na próżno. Coś zabulgotało jej w gardle. Krew. Boże, poczułlil w ustach krew… Zno¬wu…

Pociemniało jej w oczach i ostatkiem sił pomyślała o córce… słod¬kie kochanie.

Mężczyzna pocił się, ocierał o nią, jego oddech był coraz szybszy i kiedy przestała się szamotać, poczuła, jak zesztywniał i głośno ryknął. Z oddali, przez odgłos jego ciężkiego oddechu i łomotu w jej głowie, dobiegł ją inny głos:.

– Tu doktor Sam, pora się żegnać. Wszystkiego dobrego Nowy Or¬leanie. Dobranoc wszystkim, niech Bóg was błogosławi. Bez względu na to jakie macie dziś problemy, jutro nadejdzie nowy dzień… Słodkich snów…

Rozdział l

Czerwiec

Cambrai, Luizjana


Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Wszędzie dobrze, ale w do¬mu najlepiej. Dobrze się bawić przez jakiś czas, ale…

– Trzydzieści siedem dolarów – mruknął taksówkarz, wyrywając Sarnantę z zamyślenia. Objechał podjazd i stanął blisko drzwi wejścio¬wych, a ona sięgnęła do kieszeni marynarki po portmonetkę.

– Czy mógłby pan wnieść mi torby do środka? – zapytała. Kierowca odwrócił głowę i rzucił jej zaciekawione spojrzenie. Miał ciemne oczy i patrzył podejrzliwie, jakby się bał, że będzie chciała cze¬goś jesz~ze. W końcu wzruszył ramionami.



6 из 343