
– Jak pani sobie życzy.
– Bardzo proszę. – Opierając się na jednej kuli, wydostała się z taksówki. Była parna noc, typowa dla Luizjany. Gęsta mgła otulała dęby rosnące wokół jej zbudowanego bez ładu i składu starego domu, który stał w niezwykłej okolicy nad południowym brzegiem jeziora Pontchar¬tain, kilka kilometrów na zachód od Nowego Orleanu. Boże, jak dobrze wrócić do domu.
Czasami wakacje były udane, ale bywało, że stawały się koszmarem.
Te były gorsze niż koszmar. Katastrofa na całej linii.
Przynajmniej zrozumiała, że nigdy nie zostanie panią Davidową Ross.
Popełniłaby błąd.
Kolejny błąd w życiu.
Silny powiew wiatru poruszył frędzle hiszpańskiego mchu, zwisają¬ce ze starych, sękatych gałęzi. Kamienne płyty na ścieżce do domu, mokre od deszczu, błyszczały w słabym świetle lampy na ganku. Mokre chwa¬sty, które wyrosły w szczelinach, gdzie popękała zaprawa, łaskotały bosy palec jej zranionej nogi, kiedy z trudem szła po nierównych płytach. Pot spływał jej po plecach. Był dopiero lipiec, a upał w Luizjanie dawał się już we znaki. Zacisnęła zęby i pokuśtykała po schodach na szeroką we¬randę, która osłaniała wejście i okalała cały, stojący frontem do jeziora dom. Małe wiszące dzwoneczki zadźwięczały smutno. Oparła kulę o huś¬tawkę, znalazła zapasowy klucz schowany w pajęczynach za jedną z okiennic. Szybko otworzyła drzwi. Kiedy taksówkarz wniósł torby, zapaliła światło.
Mężczyzna postawił trzy torby obok słupa i sięgnął po jej kulę.
– Dzięki. – Podała mu czterdzieści pięć dolarów i w nagrodę usły¬szała zadowolone mruknięcie.
– Witamy w domu. – Spod czapki z logo drużyny Saints błysnęły czarne oczy. – Wszystkiego dobrego.
– tak. – Zamknęła za nim drzwi, włożyła klucz do kieszeni i zawo¬łała przez ramię: – Kochanie, wróciłam!
Cisza. Powietrze w domu było lepkie i ciepłe.
