
– Takie rzeczy się zdarzają – powiedział David, wzruszając ramiona¬mi, kiedy wsiadali wreszcie do samolotu. Uśmiechnął się do niej i uniósł brwi, jakby chciał powiedzieć: Hej, nic nie możemy na to poradzić. Jeste¬śmy w obcym kraju. Oczywiście miał rację, ale to nie poprawiło jej humoru ani nie rozwiało podejrzeń, że kapitan łodzi był pijany albo pod wpływem jakiegoś narkotyku, i że jej torebkę, razem z kilkoma innymi znaleźli miej¬scowi nurkowie, a karty kredytowe, gotówkę i inne cenne przedmioty ktoś wykorzystywał na całym zachodnim wybrzeżu Meksyku. Według kapitana, mała łódź rybacka zrobiła nagły zwrot, żeby nie uderzyć w skałę. Jakoś nie mogła w to uwierzyć. Była przekonana, że kapitan, który codziennie pływał po wodach Mazatlan, popełnił głupi błąd. Domagała się jakiegoś zadość¬uczynienia, a przynajmniej przeprosin, a zamiast tego wylądowała w maJ. leńkim szpitalu, a starszy lekarz, Amerykanin, sprawiał wrażenie, że powi¬nien przejść na emeryturę w latach siedemdziesiątych. Z pewnością uciekł ze Stanów, by nie oskarżono go o błędy w sztuce lekarskiej.
– Nie można mieć wszystkiego – powiedziała do siebie. Charon usiadł wygodnie na swoim ulubionym miejscu na parapecie. Wodził czar¬nymi oczami, wypatrując czegoś przez mokrą szybę. Może dostrzegł wiewiórkę? Samanta spojrzała za okno, ale nie zauważyła niczego prócz nieprzeniknionych ciemności.
Wcisnęła odtwarzanie na automatycznej sekretarce, wzięła nożyk do otwierania listów i rozcięła pierwszą kopertę – rachunek. Zapewne je¬den z wielu. Magnetofon zapiszczał kilka razy i ruszył.
