
– A gdzie czułbyś się swobodnie? – zapytała zafrapowana. – Wysoko w górze, gdzie szybują złote orły.
– Złote orły? – powtórzyła z zapałem. – Gdzie?
– W moim domu w górach. Tutaj, bywam bardzo rzadko. Mój prawdziwy dom to Montedoro.
– Poczekaj – „monte" to znaczy góra, a „oro" złoto, mam rację?
– Znasz włoski?
– Siostra mojej matki wyszła za Włocha. Kiedy byłam dzieckiem, jeździliśmy do nich każdego lata.
– Masz rację. Montedoro to Złota Góra.
– Od złotych orłów?
– Częściowo. Również dlatego, że oświetlają ją pierwsze promienie wschodzącego słońca, a światło zachodu gaśnie tam najpóźniej. To najpiękniejsze miejsce na ziemi.
– Chyba ci wierzę – powiedziała Angie w zadumie.
Spojrzał na nią z zaciekawieniem.
– Czy ty…? – zaśmiał się zmieszany. – To znaczy… zastanawiam się, czy…
– Tak? – zachęciła go.
Westchnął. Angie nie mogła się doczekać, aż w końcu powie to, co chciała usłyszeć.
– Hej, Bernardo! – dobiegło ich nagle wołanie.
Bernardo wzdrygnął się, a Angie miała dziwne wrażenie, jakby została obudzona ze snu. Na ścieżce ujrzeli Lorenza.
– Czas przygotować się do kolacji! – zawołał, machając ręką.
Angie wracała do domu w towarzystwie dwóch mężczyzn rozczarowana nieco, ale nie zniechęcona. Bernardo chciał jej pokazać swój dom, tego była pewna. Z każdą chwilą pragnęła wiedzieć więcej o tym mężczyźnie. Przed nią jeszcze cały wieczór i niech się nie nazywa Angela Wendham, jeśli nie uda jej się wymóc na nim tego zaproszenia!
W pokoju rzuciła się na łóżko i westchnęła błogo, podkładając ręce pod głowę.
– D.S czy S.K.? – zainteresowała się Heather.
– D.S.! Z całą pewnością D.S. – odparła radośnie.
– Oj, niebezpiecznie. – Heather była wyraźnie zaniepokojona.
– Doprawdy nie wiem, o czym mówisz – powiedziała Angie niewinnie.
