
– Ta wioska to Ellona – powiedział Bernardo. – Należy w większości do Baptisty. Łącznie z posiadłością Bella Rosaria. Kiedyś był to nasz letni dom. To tam… – Bernardo przerwał nagle i wycedził przez zęby jakieś włoskie słowo, które zabrzmiało jak przekleństwo.
– Co powiedziałeś?
– Nic takiego. – Zaczerwienił się.
– Ale coś zacząłeś mówić.
– Już zapomniałem. Spójrz w górę. Wspaniały widok.
Z dala od żyznego wybrzeża krajobraz Sycylii stawał się coraz bardziej surowy.
– Całe bogactwo skupia się na wybrzeżu. W głębi lądu walczymy o przetrwanie. Mamy pola, owce, kozy. Czasami jest dobrze, ale ogólnie nie jest łatwo.
– My? – zapytała Angie.
– Moi ludzie – odparł po prostu. – Ci, których los i utrzymanie ode mnie zależą.
Po chwili zapytał ją:
– Nie przeszkadza ci wysokość? Niektórzy źle znoszą zakręty na górskich drogach.
– Nie ja. – Angie starała się być dzielna, choć czuła, jak oczy zasnuwa jej lekka mgiełka.
Kręta górska droga wiodła ich coraz wyżej i wyżej, a Sycylia zdawała się coraz chętniej odsłaniać swoje uroki. Wokół kwitły akacje i drzewa cytrynowe, a w dali Angie mogła jeszcze dojrzeć jasną smugę morza. Krajobraz stawał się coraz bardziej dziki. Zostawili za sobą sosnowe lasy, przed nimi rozciągała się teraz wyżyna z winnicami, nad nimi zaś widoczne były domki wioski, położonej malowniczo nad stromym urwiskiem.
– Mieszkańcy opuścili je dawno temu. Trudno mieszkać tu zimą – powiedział Bernardo.
Po przejechaniu następnych kilometrów wyciągnął rękę i rzekł:
– Spójrz!
Angie podniosła się z siedzenia. Na samym szczycie góry ujrzała miasteczko, jakby wykute w skale. Ten zapierający dech w piersiach widok mógłby być wręcz posępny, gdyby nie łagodził go piękny czerwony odcień skalnej ściany. Angie usiadła z powrotem, nie odrywając oczu od czarownego zjawiska.
– To właśnie średniowieczne Montedoro. Większość tutejszych zabudowań liczy sobie około siedmiuset lat.
