
– To jakaś niezwykła kobieta – stwierdziła Angie.
Samolot przechylił się na jedno skrzydło, ukazując oczom przyjaciółek trójkątną wyspę, lśniącą złotem na tle błękitu morza. W chwilę później lądowali już w Palermo.
Gdy przeszły przez odprawę celną, Heather rozpromieniła się, ujrzawszy dwóch mężczyzn. Angie wiedziała z opowiadań Heather, że ten wysoki, młody człowiek o kręconych jasnych włosach to Lorenzo. Zerknęła na jego towarzysza i poczuła miłe ukłucie w sercu.
Miał niecałe sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, co w oczach filigranowej Angie stanowiło raczej zaletę. Nie znosiła bólu szyi od ciągłego zadzierania głowy. W skali do dziesięciu dałaby mu dziesiątkę za smukłość, sprężystość, wąskie biodra i to coś, co każda znająca się na rzeczy kobieta od razu potrafi odkryć.
Jak na początek całkiem nieźle, pomyślała. Dopiero kiedy podeszła bliżej i poczuła na sobie poważne spojrzenie jego ciemnych oczu, zawahała się. Coś w tym mężczyźnie krępowało ją, sprawiając jednocześnie, że odczuwała przyjemny dreszczyk podniecenia.
Kiedy Lorenzo i Heather rzucili się sobie w ramiona, młody człowiek podszedł do niej z ledwie widocznym uśmiechem na twarzy.
– Bernardo Tornese – powiedział głębokim głosem.
Tornese, zauważyła, nie Martelli. Ujęła wyciągniętą dłoń.
Nawet w lekkim uścisku poczuła jego siłę.
– Angela Wendham – przedstawiła się.
– Bardzo mi miło panią poznać, signorina Wendham. Jego głos był tak głęboki i dźwięczny, że mogłaby go słuchać w nieskończoność.
– Po prostu Angie – dodała z uśmiechem.
– Bardzo mi miło, Angie. Miała wrażenie, że Bernardo przygląda się jej taksująco, zresztą tak jak ona jemu. Nie miała nic przeciwko temu. Wiedziała, że nie musi obawiać się niczyich spojrzeń – wyglądała idealnie, nawet po męczącej podróży samolotem.
Narzeczeni zakończyli powitalny uścisk i nieco zakłopotani rozejrzeli się wokoło. Heather przedstawiła Angie swojemu przyszłemu mężowi.
