
– To mój brat Bernardo – powiedział Lorenzo.
– Przyrodni brat – sprostował natychmiast Bernardo.
Posiadłość Martellich znajdowała się jakieś pół godziny jazdy od Palermo. Tyle było piękna wokół, że Angie poczuła zawrót głowy. Wkrótce pozostawili za sobą skwarne ulice miasta. Ich miejsce zajął wiejski krajobraz. Wokół rozciągały się kipiące od kwiecia ogrody, a lśniący lazur morza – w miarę jak samochód wspinał się w górę – zalewał coraz większą część widnokręgu. W końcu ujrzeli trzypiętrowy budynek, a Lorenzo z tylnego siedzenia zawołał:
– Jesteśmy na miejscu!
Residenza, jak nazywała się posiadłość, stała na zboczu wzgórza, z którego rozciągał się widok na morze. Dom, zbudowany z piaskowca, wyglądał jak średniowieczne zamczysko. Martelli należeli do arystokracji i żyli zgodnie ze statusem.
– To jest wasz dom? – zduszonym głosem spytała Angie.
– To Residenza Martellich – odparł Bernardo. Był skoncentrowany na prowadzeniu i wydawało się, że nie zauważa pytającego spojrzenia Angie.
Po chwili wjechali na dziedziniec, gdzie na kamiennych stopniach domostwa czekała już Baptista Martelli. Była to drobna kobieta po sześćdziesiątce. Miała białe jak śnieg włosy i szlachetną twarz. Na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie, jakby czas obszedł się z nią zbyt surowo. Angie przypatrywała się jej z zainteresowaniem jako przyszłej teściowej swojej przyjaciółki, ale również jako kobiecie, która wychowała nieślubne dziecko męża razem z własnymi synami. Baptista powitała ją z serdecznością, pod którą Angie wyczuła jednak coś więcej.
Nieugięta wola, której nie da się ukryć, mimo całego uroku osobistego, pomyślała Angie. W tym momencie Baptista uśmiechnęła się do niej i ostre spojrzenie złagodniało.
Niebezpieczny wróg, ale jakże wspaniały przyjaciel, przyszło Angie do głowy. Zwróciła uwagę, że Lorenzo powitał matkę czułym uściskiem, podczas gdy Bernardo zadowolił się oficjalnym cmoknięciem w policzek. Jednak jego manierom nie można było nic zarzucić, chociaż wyczuwało się w nich raczej kurtuazję niż serdeczność.
