
Roześmiali się wszyscy czterej. Był to serdeczny śmiech. Ale gdy umilkł, na twarze powróciła powoli rezerwa, a oczy znów zabłysły chłodno. Człowiek, na którego patrzyli, był mimo wszystko intruzem. Zakląłem w duchu.
— To nie takie proste, panie kapitanie — powiedział Wang Hsi. — Niestety. Pan może nas nazywać stuprocentowymi ludźmi, ale cóż z tego, kiedy nimi nie jesteśmy. I każdy, kto nas przezywa gniotkami czy szynką z puszki, ma pewną dozę słuszności. Bo jesteśmy gorsi od ludzi… od ludzi, którzy się urodzili. Sami to dobrze wiemy. I zawsze pozostaniemy gorsi. Zawsze.
— Nic o tym nie wiem — odpaliłem. — Przecież niektóre wasze osiągnięcia…
— Osiągnięcia — powiedział cicho Wang Hsi — nie czynią jeszcze człowieka.
Siedzący po jego prawej ręce Weinstein kiwnął głową, pomyślał chwilę i uzupełnił:
— Ani nowa kategoria ludzka nie czyni jeszcze rasy.
Wiedziałem, do czego zmierzają. Miałem ochotę roztrącić ich, wybiec z tego pokoju, dopaść windy i znaleźć się na ulicy, zanim którykolwiek zdąży powiedzieć jeszcze słowo. A więc o to chodzi, mówiłem sobie. Tu was boli, chłopcy, tu was boli. Kręciłem się, nie mogąc usiedzieć na katedrze. W końcu dałem za wygraną, wstałem i zacząłem się znowu przechadzać po klasie.
Ale Wang Hsi nie rezygnował. Powinienem był wiedzieć, że nie zrezygnuje.
— Żołnierze zastępczy — podjął marszcząc się, jak gdyby po raz pierwszy zastanawiał się bliżej nad tym wyrażeniem. — Żołnierze zastępczy, a nie po prostu żołnierze. Nie jesteśmy prawdziwymi żołnierzami, bo żołnierz to mężczyzna. A my, panie kapitanie, nie jesteśmy mężczyznami.
