
Odpowiedział mu huraganowy wybuch śmiechu, histeryczny ryk kilkudziesięciu mężczyzn, którzy przez całe popołudnie siedzą w krańcowym napięciu nerwowym i są diablo zadowoleni, że wreszcie ktoś wyrwał się z czymś, co mogą uznać za komiczne. Siwowłosy pułkownik, który nawet się nie uśmiechnął, poczekał, aż paroksyzm minie, po czym odparł poważnie:
— Nie, nie czuć ich wcale. Chyba, że się przez dłuższy czas nie myją. Zupełnie tak samo jak koledzy.
To nam zamknęło buzię do reszty. Nawet ten szczeniak, czerwieniący się jak panienka, siadając zaciskał twardo szczęki. Dopiero w dwadzieścia minut później, kiedy kazano nam się rozejść, poczułem i ja ból napiętych mięśni na policzkach. Zupełnie tak samo jak koledzy.
Wziąłem się w garść i poszedłem do młodziutkiego kolegi.
— Czołem, kapitanie — powiedziałem. — Dawno pan tutaj?
Uśmiechnął się z wysiłkiem.
— Czołem, panie kapitanie. Już przeszło godzinę. Wyleciałem ósma piętnaście z Arizony. Większość chłopców spała jeszcze po wczorajszej zabawie. Ja położyłem się wcześnie. Chciałem mieć jak najwięcej czasu, żeby oswoić się z myślą o tym, co nas dzisiaj czeka. Ale niewiele to pomogło.
— Rozumiem. Są rzeczy, z którymi trudno się pogodzić. Rzeczy, z którymi sama nasza natura nie chce się pogodzić.
Popatrzył na moją pierś.
— To chyba nie będzie pana pierwsza załoga?
Moja pierwsza załoga? Synu! Prędzej dwudziesta pierwsza! Ale zaraz przypomniałem sobie, że wszyscy zawsze zwracają uwagę, że tak młodo wyglądam, a tyle już mam odznaczeń. Zresztą chłopczyna był taki blady…
— Nie, nie pierwsza. Ale nigdy jeszcze nie latałem z gniotkami. To dla mnie coś równie nowego jak dla pana. Wie pan co, kapitanie? Mnie także trudno się z tym pogodzić. Co by pan powiedział, gdybyśmy wzięli się w kupę i razem weszli? Pierwszy krok zawsze najtrudniejszy.
Zgodził się skwapliwie. Wziąłem go pod ramię i we dwóch podeszliśmy do wartownika. Obejrzał nasze papiery i otworzył bramę.
