
Jeśli zgadzasz się z tym, że kara śmierci powinna być zniesiona przez konstytucję…”.
Pracowała nad tekstem bez przerwy przez dwie godziny, wykreślając, wstawiając i zmieniając zdania. Kiedy skończyła, przepisała go szybko, oddała, wyszła z budynku i złapała taksówkę. Jadąc do domu, patrzyła ze smutkiem, jak płatki śniegu osiadają na trawniku. Jeśli się utrzymają, jutro dzieci będą mogły jeździć na sankach.
Miesiąc temu Steve przyniósł łyżwy i wybrali się na ślizgawkę. Neil miał pójść z nimi. Sharon planowała, że potem pójdą do zoo, a następnie zjedzą obiad w Tawernie na Błoniu. W ostatniej chwili chłopiec oświadczył, że nie czuje się dobrze i został w domu. Nie lubił jej, to oczywiste.
– Jesteśmy, proszę pani – odezwał się taksówkarz.
– Co? Ach tak, przepraszam. – Właśnie wjeżdżali w Dziewięćdziesiątą Piątą. – Trzeci dom po lewej.
Mieszkała na parterze w odrestaurowanej kamienicy.
Taksówka zatrzymała się przed domem. Kierowca, szczupły siwiejący mężczyzna, spojrzał na nią życzliwie.
– Chyba nie jest aż tak źle, proszę pani – powiedział. – Wygląda pani na bardzo zmartwioną.
Próbowała się uśmiechnąć.
– Chyba mam zły dzień. – Rzuciła okiem na licznik i sięgnęła do kieszeni po pieniądze, zaokrąglając sumę o suty napiwek.
Taksówkarz otworzył jej drzwi.
– O rety, przez tę pogodę mnóstwo ludzi w godzinie szczytu utknie w korkach. Jak się na dobre rozpada… Lepiej niech pani już dziś nie wychodzi z domu.
