
– Co masz zamiar wyciąć? – spytała.
– Jakieś głupie zdjęcia ze zwierzętami – odpowiedział. Nie patrzył na nią, Wiedziała, że jest zmieszany, ponieważ przed chwilą widziała go płaczącego.
– Przyniosę sobie sherry i pomogę ci. Chcesz colę lub coś innego?
– Nie. – Neil zawahał się i dodał: – Dziękuję.
– Proszę się rozgościć. – Znów usłyszała głos pani Lufts. – Niech się pani czuje jak u siebie w domu. Kupiłam to, co było na liście zostawionej przez pana Petersona: steki, przyprawę do sałaty, szparagi i lody. Wszystko jest w lodówce. Przepraszam, muszę już iść. Chcemy zjeść kolację przed kinem. Bili!…
– Idę już, Doro. – Bili Lufts ukazał się na schodach prowadzących do piwnicy. – Chciałem tylko sprawdzić okna. Upewnić się, czy są zamknięte. Dzień dobry, panno Martin.
– Jak się pan ma, panie Lufts?
Był niskim, krępym mężczyzną po sześćdziesiątce, z wodnistymi niebieskimi oczami. Małe popękane żyłki na nosie i policzkach potwierdzały to, czym martwił się Steve: nadmierny pociąg do alkoholu.
– Bili, pośpiesz się. – W głosie jego żony brzmiało zniecierpliwienie. – Wiesz, jak nie znoszę połykać jedzenia w pośpiechu, a jest już późno. Wydaje mi się, że skoro zabierasz mnie gdziekolwiek jedynie w naszą rocznicę ślubu, to mógłbyś się pośpieszyć…
– Dobrze, dobrze. – Bili westchnął ciężko i skinął głową. – Do zobaczenia później, panno Martin.
– Przyjemnej zabawy. – Sharon odprowadziła ich do holu. – No i wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy ślubu.
– Weź kapelusz, Bili. Zaziębisz się… Co? O, dziękuję, dziękuję, panno Martin. Dopiero gdy usiądę, odpocznę i dostanę coś do jedzenia, poczuję, że to rocznica. Ale teraz, w tym pośpiechu…
