Biedna kobieta. Wydawała się tak pełna nadziei, gdy po raz pierwszy się spotkały. Lecz gdy zdała sobie sprawę, że Sharon nie wierzy w niewinność jej syna, była ogromnie zawiedziona. Ale która matka mogłaby uwierzyć, że jej syn mógł okazać się zdolny do morderstwa? Może pani Thompson jest teraz w domu? Może pomogłaby jej chociaż rozmowa z kimś, kto walczył o uratowanie Ronalda.

Sharon zmniejszyła ogień pod garnkiem z mlekiem, podeszła do wiszącego na ścianie telefonu i wykręciła numer. Słuchawkę podniesiono już po pierwszym sygnale.

– Słucham. – Głos pani Thompson był nadspodziewanie spokojny.

– Pani Thompson? Tu Sharon Martin. Musiałam zadzwonić, aby pani powiedzieć, jak bardzo mi przykro, i spytać, czy mogę coś dla pani zrobić…

– Dosyć pani zrobiła, panno Martin. – Gorycz w głosie kobiety zaskoczyła Sharon. – Jeśli mój chłopiec umrze w środę, chcę, aby pani wiedziała, że to pani będzie za to odpowiedzialna. Błagałam, aby trzymała się pani od niego z daleka.

– Pani Thompson… Nie wiem, co pani ma na myśli…

– To, że we wszystkich swoich felietonach pisała pani w kółko, iż nie ma wątpliwości co do winy Ronalda, ale nie o to chodzi. Właśnie o to chodzi, panno Martin! – Głos kobiety brzmiał teraz ostro. – O to chodzi! Jest wielu ludzi, którzy znają mojego syna i wiedzą, że nie byłby zdolny kogokolwiek skrzywdzić, i robili wszystko, aby uzyskać jego ułaskawienie. A pani… To przez panią gubernator nie odroczyła egzekucji i nie zarządziła ponownego zbadania sprawy… My do ostatniej chwili będziemy się o to starać i wierzę, że Bóg mnie wysłucha. Jeśli jednak mój syn umrze, nie wiem, co mogłabym pani zrobić, i myślę, że nie będę odpowiadać…

Połączenie zostało przerwane. Sharon niemal ogłuszona odwiesiła słuchawkę.



25 из 191