
Nie mogła oddychać. Proszę… proszę, nie… Duże dłonie przesuwały się powoli po jej udach, wreszcie mocny węzeł unieruchomił ściśnięte kostki.
Podniósł ją gwałtownie, aż głowa opadła jej w tył. Co teraz z nią zrobi?
Przez otwarte drzwi frontowe wpadła fala chłodnego, wilgotnego powietrza. Mimo że Sharon ważyła prawie pięćdziesiąt pięć kilogramów, napastnik bez najmniejszego trudu znosił ją po śliskich schodkach. Było bardzo ciemno. Widocznie wyłączył światła przed domem.
Jej ramię zderzyło się z chłodną, metalową powierzchnią. Samochód. Spróbowała zaczerpnąć świeżego powietrza przez nos. Oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności. Czas przestać panikować i zacząć logicznie myśleć.
Usłyszała zgrzyt zamka i otwieranych drzwi. Wepchnięta do środka, uderzyła głową o otwartą popielniczkę. Sznurek na kostkach i nadgarstkach boleśnie wpijał jej się w skórę, gdy Sharon upadła na cuchnącą podłogę. Leżała w tylnej części samochodu.
Dotarły do niej zgrzytliwe odgłosy oddalających się kroków. Mężczyzna najwyraźniej kierował się w stronę domu. Neil! Co chciał zrobić z chłopcem? Przerażona Sharon spróbowała uwolnić ręce, lecz ból przeszył jej ramię. Więzy uniemożliwiały najmniejszy ruch. Przypomniała sobie, w jaki sposób intruz patrzył na Neila, gdy odbezpieczał broń.
Minuty mijały. „Proszę… dobry Boże… proszę”. Dźwięk otwieranych drzwi. Znów chrzęst kroków zbliżających się do samochodu. Otworzyły się przednie drzwiczki auta. Oczy Sharon przywykły już do mroku. Dostrzegła w ciemności sylwetkę porywacza. Dźwigał coś dużego… ogromny żeglarski worek.
Boże, w środku był Neil, nie miała wątpliwości.
Mężczyzna zajrzał do samochodu, położył torbę na siedzeniu, a potem zsunął ją na podłogę. Usłyszała głuchy odgłos. Wyrządzi krzywdę Neilowi. Zrobi mu coś złego. Drzwi zatrzasnęły się, a pośpieszne kroki okrążyły samochód. Po chwili zgrzytnęły drzwi od strony kierowcy. Cień zniknął jej z oczu i usłyszała chrapliwy oddech. Mężczyzna pochylił się nad nią i poczuła na twarzy coś szorstkiego, jakiś koc czy płaszcz. Pokręciła głową, chcąc uwolnić się od duszącego, kwaśnego zapachu potu.
