
Roger pokręcił głową. Straszna sprawa. Okropna dla tego nieszczęsnego chłopca i wszystkich, którzy byli w nią zamieszani. Steve… mały Neil… matka chłopca… no i Glenda. To był dla niej zbyt duży ciężar. Zeznawanie w procesie przypłaciła chorobą serca. Roger starał się oddalić myśl, że następny atak mógłby ją zabić. Glenda miała tylko pięćdziesiąt osiem lat. Teraz, kiedy chłopcy stali się już samodzielni, oni dwoje mogli zająć się wyłącznie sobą. Bez niej wszystko straciłoby sens.
Cieszył się, kiedy żona zgodziła się przyjąć pomoc domową. Pani Vogler będzie przychodziła codziennie o dziewiątej i pracowała do pierwszej po południu. Dzięki temu Glenda odpocznie, nie martwiąc się o dom.
Odwrócił się, słysząc, że żona weszła do pokoju.
– Właśnie miałem do ciebie zajrzeć – powiedział z łagodnym wyrzutem.
– Nie szkodzi. Wydaje mi się, że to ci się przyda. – Wręczyła mu szklaneczkę burbona i stanęła razem z Rogerem przy oknie.
– Rzeczywiście, potrzebuję tego. Dziękuję, kochanie. – Zauważył, że sama popijała colę.
Jeśli Glenda zrezygnowała z tradycyjnego drinka przed kolacją, mogło to oznaczać tylko jedno.
– Bolało cię dzisiaj? – Właściwie nie było to pytanie.
– Trochę…
– Dużo nitrogliceryny wzięłaś?
– Tylko kilka tabletek. Nie denerwuj się, czuję się dobrze. O, popatrz! To ciekawe.
– Co takiego?
– Dom Steve’a. Światło przed wejściem się nie pali.
– To dlatego wydało mi się, że na zewnątrz jest ciemno. – Roger zastanawiał się przez chwilę. – Jestem pewien, że było zapalone, kiedy wróciłem do domu.
– Ciekawe, kto i dlaczego je wyłączył. – W głosie Glendy pojawiła się troska. – Dora Lufts jest taka nerwowa. Może przeszedłbyś się tam…
– Och, nie ma potrzeby, kochanie. Jestem pewien, że nic się nie stało.
