W zimie nie mieszkała w swoim pokoju – było tam za zimno i za wilgotno, lecz między majem a wrześniem bywała tam przeciętnie dwa razy w tygodniu, niezbyt często, by nie dać się złapać policji i nie zaniepokoić Rosie.

Minęło sześć lat, najlepszych w całym życiu Lally. Znała wszystkich strażników, sprzedawców gazet, kasjerów. Poznała twarze codziennych pasażerów, wiedziała, kiedy i gdzie podróżują. Rozpoznawała też pijaków, biegnących chwiejnym krokiem do nocnych pociągów.

W ten poniedziałek Lally spotkała się z Rosie w głównej hali dworca. W zimie nabawiła się dokuczliwego artretyzmu i tylko to powstrzymywało ją przed zejściem do swojego azylu. Minęło już jednak całe sześć miesięcy i nie mogła dłużej czekać. Zejdę tam tylko i zobaczę, co się dzieje, myślała. Może, jeśli nie będzie za zimno, nawet się tam zdrzemnę, ale nie jest to zbyt prawdopodobne. Stąpając mozolnie, zeszła po schodach do niższej części dworca. Nie było tam zbyt wielu ludzi. Ostrożnie zezowała na boki, wypatrując policjantów. Nie może sobie pozwolić na to, żeby ktoś zauważył ją w drodze do kryjówki. Nie pozwolą jej tam mieszkać, nawet najsympatyczniejsi z nich.

Zobaczyła przyjemnie wyglądającą rodzinę z trojgiem dzieci. Lubiła dzieci i była dobrą nauczycielką. Gdy tylko uczniowie przestawali się naśmiewać z jej brzydoty, przeważnie wszystko układało się jak najlepiej. Co nie znaczy, że chciałaby, żeby tamte czasy wróciły. Nie, za żadne skarby.

Właśnie zbliżała się do przejścia, gdy zwróciła uwagę na poszarpaną, purpurową lamówkę, którą obszyty był dół zniszczonego, szarego płaszcza.

Lally znała ten płaszcz, przymierzała go tydzień temu w sklepie z używaną odzieżą przy Drugiej Alei.



46 из 191