
– Wierzę w moralne prawo… obowiązek… społeczeństwa do samoobrony i rządu do obrony świętej wolności swoich obywateli – odparł Steve.
– Pani Martin… – Brokaw zwrócił się do Sharon.
– Ja wierzę, że kara śmierci jest pozbawiona sensu i zbyt okrutna. Wierzę, że możemy uczynić nasze domy i ulice bezpiecznymi, usuwając przestępców i karząc ich sprawiedliwymi wyrokami, a także głosując za rozwiązaniami, które pozwolą stworzyć sieć niezbędnych ośrodków resocjalizacyjnych. Myślę, że to wyraża nasz szacunek dla życia, dla każdego życia.
– Pani Martin, panie Peterson – wtrącił pośpiesznie Tom Brokaw. – Dziękuję bardzo za udział w programie. Połączymy się z państwem ponownie po reklamie…
W pokoju 932 w hotelu Biltmore muskularny, barczysty mężczyzna wyłączył telewizor i długo wpatrywał się w pociemniały ekran. Raz jeszcze powtórzył w myślach swój plan. Plan, którego wykonanie rozpoczął, umieszczając zdjęcia i walizkę w zakonspirowanym pokoju na dworcu Grand Central, a zakończy, sprowadzając tam dzisiejszego wieczoru syna Steve’a Petersona. Teraz musiał podjąć decyzję, co zrobi z Sharon Martin, która ma być dziś wieczorem w domu Steve’a, żeby opiekować się chłopcem. Postanowił, że po prostują… zlikwiduje.
Ale czy powinien? Jest taka piękna. Pomyślał o jej oczach jak ocean, zmieszanych i czułych. Gdy tak spoglądała prosto w kamerę, miał wrażenie, że patrzyła na niego. Może go kochała. Jeśli nie, łatwo będzie się jej pozbyć. Po prostu zostawi ją z chłopcem w pomieszczeniu na Grand Central w środę rano.
A o jedenastej trzydzieści, gdy wybuchnie bomba, zginą oboje.
2
Razem opuścili studio. Sharon czuła ciężar tweedowej peleryny na ramionach. Ręce i stopy miała lodowate. Wkładając rękawiczki, zauważyła, że pierścionek z kamieniem księżycowym, który Steve podarował jej na Gwiazdkę, znów zostawił na palcu ciemny ślad. Było bardzo zimno, zaczynał padać śnieg. Grube, lepkie płatki chłodziły twarz.
