
– Nie. Wolałbym sam. Glenda nie czuje się dobrze, a Neil bardzo wiele dla niej znaczy.
Prowadzę normalną rozmowę, pomyślał ze zdziwieniem Roger. Nie mogę w to wszystko uwierzyć. Spojrzał ze współczuciem na przyjaciela. Steve na pozór wydawał się spokojny, jedynie wyraz cierpienia, który od kilku miesięcy zaczął ustępować, pojawił się znowu na jego twarzy. Niezdrowa bladość, pogłębione bruzdy na czole, ostre zmarszczki wokół ust.
– Może napijesz się kawy albo czegoś mocniejszego, Steve? – zaproponował. – Jesteś roztrzęsiony.
– Może kawy…
Dora poderwała się z kanapy.
– Ja przygotuję… I coś do jedzenia. O mój Boże, kiedy pomyślę… Neil… Czemu musieliśmy akurat dziś wieczorem wyjść z domu. Jeśli cokolwiek zdarzy się temu chłopcu, ja tego nie zniosę. Nie zniosę!
Bili Lufts zakrył dłonią usta żony.
– Choć ten jeden raz w życiu zamknij się! – warknął z wściekłością.
Roger zauważył, że Hugh Taylor uważnie obserwuje tę parę.
Luftsowie? Czy mógłby ich podejrzewać? Nie. Nigdy. To niemożliwe.
Perry był już w holu, gdy natarczywie odezwał się dzwonek u drzwi. Wszyscy podskoczyli. Jeden z agentów szybko pokonał długość holu, wyprzedził Rogera i otworzył drzwi.
Na progu stała Glenda, twarz i włosy miała mokre od śniegu. Na gołe nogi włożyła satynowe pantofle, a różowa, wełniana podomka stanowiła jedyne jej okrycie. Była przeraźliwie blada, w dłoni trzymała kawałek papieru. Drżała.
Perry podbiegł do niej i chwycił w ramiona.
– Roger, telefon, zadzwonił telefon. – Pochlipywała. – Kazał mi to zapisać. Potem kazał mi odczytać. Powiedział, że mam uważnie zapisać albo… albo… Neil…
Hugh wyrwał jej kartkę z ręki i odczytał na głos:
– „Powiedz Steve’owi Petersonowi, że jeśli chce odzyskać syna i dziewczynę, ma być w budce telefonicznej przy stacji Exxon przy dwudziestym drugim wyjeździe z autostrady Merritt jutro rano o ósmej. Otrzyma tam instrukcję w sprawie okupu”. – Hugh zmarszczył brwi. Ostatnie słowo było nieczytelne. – Jakie to słowo, pani Perry? – zapytał.
