
Trzymając się za ręce, wracali wolno do mieszkania Sharon. Zaprosiła go, aby wstąpił na pożegnalnego drinka. Lekki nacisk położony był na słowie „pożegnalnego”.
Kiedy przyrządzał napoje, zapaliła drewno w kominku. Siedzieli ramię przy ramieniu, patrząc na płomienie.
W pamięci Steve’a wciąż żywe były uczucia, których doświadczał tamtego wieczoru. Pamiętał, jak blask ognia wydobywał złocisty ton jej włosów i podkreślał klasyczny profil twarzy. Pragnął wtedy wziąć ją w ramiona, ale zdobył się jedynie na lekki pocałunek przy wyjściu.
– W sobotę, jeśli nie będziesz zajęta… – Zawiesił głos.
– Nie jestem zajęta.
– Zadzwonię do ciebie rano.
Jadąc do domu, uświadomił sobie, że samotność doskwierająca mu od dwóch lat może się skończyć. „Jeśli kiedykolwiek miałabym cię opuścić…”.
Było piętnaście po ósmej, kiedy wszedł do budynku, w którym mieściło się jego wydawnictwo. Personel czasopisma „Wydarzenia” nie musiał wcześnie przychodzić do pracy i korytarze były opustoszałe. Skinąwszy głową stojącemu przy windzie strażnikowi, Steve udał się do swojego gabinetu na trzydziestym piątym piętrze i zatelefonował do domu.
Odebrała pani Lufts.
– Och, Neil ma się świetnie. Właśnie je śniadanie, a właściwie dłubie w nim. Neil, to tatuś. – Podała chłopcu słuchawkę.
– Cześć tato, kiedy wracasz do domu? – zapytał syn.
– Na pewno wieczorem około wpół do dziewiątej. Mam o piątej spotkanie. Luftsowie nadal wybierają się do kina, prawda?
– Chyba tak.
– Sharon będzie przed szóstą, żeby mogli wyjść.
– Wiem, mówiłeś mi. – Głos Neila był pełen rezerwy.
– No cóż, życzę ci miłego dnia, synu. Ubierz się ciepło. Tutaj jest dość zimno. Czy tam u was też pada śnieg?
– Nie, jest tylko trochę pochmurno.
– No dobrze, do zobaczenia wieczorem.
– Pa, tato.
Steve się zasępił. Trudno uwierzyć, że Neil był kiedyś żywym, niesprawiającym kłopotów dzieckiem. Śmierć Niny bardzo go zmieniła. Peterson chciał, aby Neil i Sharon trochę się do siebie zbliżyli. Sharon starała się zaprzyjaźnić z chłopcem, ale on pozostawał nieprzystępny, przynajmniej do tej pory.
