
– Człowieka, który naprawdę tego nie zrobił? Na pewno wiele spraw spieprzyliśmy, na wolności zostało sporo facetów, którzy powinni iść do pudła. Ale zamknąć kogoś, kto jest zupełnie niewinny? To najgorsze co mogłoby się zdarzyć. Nie wiem, czy mógłbym żyć z czymś takim. O nie. To jest jedyny przypadek, jaki naprawdę nie pozwoliłby mi spać spokojnie.
Wziął list do ręki. NIE POPEŁNIŁEM. Zastanawiał się, czy ktoś nie może spać spokojnie z powodu Roberta Earla Fergusona.
Poczuł gorącą strugę podniecenia. Pomyślał, że jeśli to prawda… Nie dokończył myśli, ale szybko przełknął ślinę tłamsząc nagły przypływ ambicji.
Cowart przypomniał sobie wywiad, czytany lata wcześniej, o starzejącym się koszykarzu, który w końcu miał zakończyć długotrwałą karierę. Człowiek ten opowiadał o swoich osiągnięciach i porażkach takim tonem, jakby darzył je rodzajem jednakowego, powściągliwego szacunku. Zapytano go, dlaczego w końcu zdecydował się odejść, i zaczął mówić o rodzinie i dzieciach, o potrzebie odsunięcia od siebie gry z czasów dziecinnych i kontynuowania życia. Potem zaczął mówić o swoich nogach, jakby nie były po prostu częścią ciała, ale dobrymi, starymi przyjaciółmi. Powiedział, że już nie potrafi tak skakać jak niegdyś, że gdy zbiera się, żeby wystrzelić w stronę kosza, mięśnie nóg, które niegdyś wybijały go z taką łatwością, jęczą ze starości i bólu, błagając, żeby przestał. I powiedział, że bez współpracy nóg dalsza gra nie ma sensu. Po czym rozegrał swój ostatni mecz i bez wysiłku zdobył trzydzieści osiem punktów – biegał, zwodził i doskakiwał ponad kosz, jak lata wcześniej. Jakby ciało dało temu człowiekowi jeszcze jedną możliwość pozostawienia u ludzi niewypowiedzianego wrażenia. Cowart uważał, że to samo dotyczy pracy reporterskiej; że potrzeba do niej tej młodości, która nie wie co to zmęczenie, tej woli, która pozwala zapomnieć o potrzebie snu, o głodzie, o miłości, i skupić się wyłącznie na śledzonym wątku. Nogi niektórych reporterów niosły ich dalej i wyżej niż innych, którzy potrzebowali odpoczynku.
