Mimowolnie naprężył mięśnie nóg.

Kiedyś sam takie miałem, pomyślał. Zanim przeniosłem się tutaj, żeby się odciąć od nocnych koszmarów, żeby nosić garnitury, zachowywać się w odpowiedzialny sposób i starzeć z wdziękiem. A teraz jestem rozwiedziony i moja była żona chce wykraść mi jedyną rzecz, jaką kiedykolwiek naprawdę kochałem bez opamiętania, i siedzę tu ukrywając się przed rzeczywistością, komentując wydarzenia, które na nikogo nie mają żadnego wpływu.

Ścisnął list w dłoni.

Niewinny, pomyślał. Zobaczymy.


Biblioteka w „Journalu” stanowiła dziwną kombinację nowego ze starym. Znajdowała się tuż za salą redakcyjną, za biurkami, przy których siedzieli dziennikarze wiadomości codziennych. Na tyłach biblioteki stały rzędy długich, metalowych szafek na akta, gdzie przechowywano wycinki prasowe sprzed dziesiątków lat. Kiedyś każdy numer gazety był dzielony na wycinki i starannie katalogowany według osób, tematów, miejsc i wydarzeń. Obecnie wykorzystywano do tego skomplikowane komputery, wielkie terminale z dużymi ekranami. Bibliotekarze po prostu czytali każdy artykuł podkreślając kluczowe nazwiska czy pojęcia i przekazywali je do elektronicznych katalogów. Cowart wolał ten dawniejszy sposób. Lubił przekładać sterty drukowanych wycinków, przebierać i wybierać to, co było mu potrzebne. To tak jakby dane mu było trzymać w dłoni odrobinę historii. W dzisiejszych czasach wszystko było wydajne, szybkie i bezduszne. Ilekroć korzystał z biblioteki, zawsze droczył się na ten temat z jej pracownikami.

Gdy przekroczył próg, zauważyła go młoda kobieta. Miała przyciągające wzrok blond włosy, była wysoka i szczupła. Nosiła druciane okulary i czasami zerkała ponad górną krawędzią oprawki.



20 из 563