
— Obrzydliwość — mruknął Urdan. — Jakim prawem obciążasz nas absurdalnymi stawkami, których żądają ci barbarzyńcy? Jestem odpowiedzialny przed moimi udziałowcami i inwestorami. Koszt utrzymania tych ludzi jest zbyt duży. Powinni przyjąć stawki Indowy i być wdzięczni.
Ghin zgadzał się z tym ostatnim twierdzeniem. Arogancja ludzi była wprost niebywała.
— To wina najliczniejszego z podgatunków ludzi, zwanego przez nich Chińczykami — odparł.
Zaczynał odczuwać gniew na ludzką arogancję. Zdławił go jednak bezlitośnie; lintatai, gdyby już w nią wszedł, była dla Ghina tak samo niebezpieczna, jak dla każdego Darhela.
— Ludzie zwani Chińczykami dokonali obliczeń i ustalili, że proponowane przez nas stawki są o wiele niższe niż te, na które moglibyśmy się zgodzić. Wraz z pozostałymi barbarzyńcami po prostu odmówili nam pomocy, dopóki nie złożyliśmy im lepszej propozycji. Oczywiście zapłacilibyśmy i trzy razy więcej niż zażądali — dokończył z przebiegłym uśmiechem. — Ale oni tego nie wiedzieli. Cieszcie się, że koszty są takie niskie. Mogłoby być o wiele gorzej. I bądźcie spokojni, moje wydatki były jeszcze większe niż wasze. Mam też plan, by ci Chińczycy odpowiedzieli za swoją bezczelność.
Z wciąż pochyloną głową — bo rzeczywiście był niebezpiecznie bliski lintatai — Urdan podniósł wzrok i spojrzał na hologram.
— I jeszcze jedno. Widzę, że granica jest wyraźnie zaznaczona. Dlaczego ludzcy najemnicy zostawili ten sektor otwarty, skoro Posleeni przeciskają się tamtędy całą masą?
W odpowiedzi Ghin zaledwie się uśmiechnął.
Bliżej teraźniejszości
Statek tunelowy tętnił życiem i świadomością celu: życie dla Po’oslen’ar, Ludu Statków, i śmierć dla wszystkich, którzy staną im na drodze.
