
Athenalras rozmyślał, pełen dumy i zadowolenia, przyglądając się przyrządom po trzykroć przeklętych Aldenat’; oprócz niego samego mało kto z Ludu pojmował ich działanie. Wokół niego krzątali się kenstainowie, kilku kessentaiów i minimalna liczba rozwiniętych normalsów, konieczna do kierowania kulą bojową. Większość Ludu spoczywała nieprzytomna i zahibernowana — a co ważniejsze, nie jedząca — głębiej w trzewiach statku. Wszystko szło dobrze, a Lud podążał drogą do kolejnego podboju na długiej i ognistej ścieżce gniewu i wojny.
— Panie? — zapytał jeden z kessentaiów, Ro’moloristen, z czymś pomiędzy szacunkiem a podziwem. — Mam informacje, których żądałeś.
— Daj mi je, młodzieńcze — rozkazał krótko starszy wiekiem i stopniem.
— Ten półwysep wystający w kierunku przeciwnym do kierunku obrotu celu wygląda na najlepszy dostępny obszar lądowania. Jest zaludniony, bogaty w przemysł i obrobione metale, żyzny i płodny. Byłby doskonałym miejscem dla Ludu z naszego klanu… do chwili, oczywiście, kiedy przyszłaby pora wyruszyć dalej.
Kessentai zawahał się; jego wódz skinął mu głową.
— Bogaty i płodny, ale…
— To dziwne miejsce ta „Europa”, jak je nazywają. Zjednoczona i podzielona. Mądra i bezmyślna. Odważna i lękliwa. Nie mająca znaczenia w czasie pokoju, jak twierdzą archiwa, do których dotarliśmy, ale potencjalnie groźna w boju.
Starszy nastroszył grzebień.
— Czy są gorsi od szarych threshkreen z Diess? Metalowych threshkreen z Kerlen? Czy są gorsi od przeklętych thresh z mniejszego kontynentu, którzy pokonali w boju nasze pierwsze lądowanie i nawet teraz opierają się Ludowi ogniem i krwią?
Młodszy Wszechwładca opuścił wzrok, odpowiadając.
— Mój panie… To są właśnie szarzy threshkreen, to ich dom. A istoty z mniejszego kontynentu? To potomkowie kolonistów, bardzo podobnych do Ludu, którzy opuścili swoje pierwotne siedziby i wyruszyli do nowych i niemal pustych miejsc, niszcząc i eksterminując thresh, których tam zastali.
